Dania z bocianów, jaskółek i papug, zielony groszek zdobiony najprawdziwszym złotem, i fasolka obtaczana w bursztynie - pomysłowość i rozmach starożytnych Rzymian w niewielkim tylko stopniu ustępowały zachciankom najbardziej nawet ekscentrycznych gwiazd rocka. Kiedy modne stało się picie schłodzonego wina, sztafety niewolników znosiły ucztującym śnieg z górnych partii Apeninów. Bywało i tak, że pomiędzy biesiadnikami przechadzały się pozbawione kłów i pazurów dzikie zwierzęta albo że dla hecy serwowano łudząco podobne do prawdziwych potrawy z drewna!

Koneserzy i sybaryci
Wzorem antycznych Greków obywatele cesarstwa zwykli jadać trzy posiłki dziennie; wczesnym rankiem pierwsze śniadanie (ientaculum), w południe drugie (prandium) i późnym popołudniem obfity obiad (cena). Ten ostatni był nie tylko najważniejszym posiłkiem dnia (i jedynym ciepłym), ale także ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu. Zwykle przeciągał się do późnego wieczora, czasem sięgał w głąb nocy, a zdarzało się, że jeszcze o brzasku rozochocone towarzystwo folgowało swym nieposkromionym apetytom.
Czy to w domu zwykłego patrycjusza, czy też w pałacu cesarza, ucztę poprzedzało staranne mycie rąk i nóg. Było to o tyle istotne, że biesiadowano w pozycji półleżącej, na pochyłych sofach, które sąsiadowały ze sobą szczytami. Dziewięć takich sof - a w zasadzie trzy trzyosobowe - ustawiano z trzech stron kwadratowego stołu. Z czwartej dostęp miała służba oraz artyści. Przy wyznaczaniu miejsc - a wskazywał je już odźwierny - kierowano się zaszczytami, starszeństwem, bardzo często statusem majątkowym. Najlepsze były te, które nie miały swego odpowiednika po przeciwnej stronie stołu. Pod sufitem sali jadalnej zawieszano różę - kwiat, którym Kupidyn miał przekupić boga milczenia Harpokratesa, aby ten nie rozgłaszał wieści o licznych romansach Wenus. Tradycyjnie nic z tego, co zostało wypowiedziane pod różą, nie mogło być powtórzone osobom trzecim.

Ab ovo usque ad mala
Czyli od początku do końca, a dosłownie - od jaj do jabłek. Sentencja ta opisuje zwyczaj, wedle którego ucztę rozpoczynały przystawki z jaj, kończyły zaś owoce. Dań głównych było co najmniej pięć (w tym dwie pieczenie), na stole nie mogło zabraknąć warzyw, orzechów, sera, miodu ani oliwy. Wszystko popijano nierozcieńczonym winem: w przeciwieństwie do Greków Rzymianie uważali dolewanie wody do wina za przejaw zniewieścienia. Goście, których dopadła niedyspozycja, albo ci, których apetyt wykraczał dalece poza ograniczenia narzucone im przez fizjologię, udawali się do specjalnego pomieszczenia (vomitorium), żeby ulżyć swym cierpieniom (najczęściej drażniąc gardło ptasim piórkiem), tudzież nabrać animuszu do dalszych zmagań.
Jednym z największych przysmaków antycznego świata było garum - rodzaj pikantnego sosu ze sfermentowanych ryb. Produkowano go z wnętrzności, głów, płetw, a nawet całych tusz rybek, które były zbyt małe, aby nadawały się do wykorzystania w kuchni. Solono je i upakowane w kadziach pozostawiano na kilka miesięcy. To, co powstało, zlewano do amfor, z których po odstaniu zdejmowano kolejne warstwy. Wierzchnią - oleistą i niemal całkiem przezroczystą - ceniono najwyżej. Cena garum rosła z jego wiekiem. Za amforę długo leżakowanego sosu płacono w I wieku n.e. nawet 6000 sestercji, równowartość kilku dobrych mułów. Najlepsze sosy powstawały w Pompejach, z kolei hiszpańskie były najczęściej podrabiane.

Poczet biesiadników
W dziejach antycznego Rzymu jest przynajmniej kilka postaci, dla których ucztowanie stało się nie tyle pasją, ile nawet misją całego życia. Pamięć o ich wyczynach przetrwała próbę czasu.


Słynny wódz rzymski Lukullus - ten sam, który do Europy sprowadził czereśnie - świętował tak intensywnie, że dziś jeszcze hasło ?lukullusowa uczta? znane jest w najdalszych zakątkach globu. Aby dogodzić swym zachciankom, ten niezrównany smakosz uciekał się do przedsięwzięć zgoła inżynieryjnych. Kiedy rozsmakował się w morskich rybach, nie tylko wybudował przed swoim domem basen, ale kazał jeszcze wykopać kanał doprowadzający doń wodę wprost z morza. Rzecz o tyle niezwykła, że pomiędzy wybrzeżem a posiadłościami Lukullusa były góry.


Zdarzyło się, że osobisty kucharz zaserwował Lukullusowi kolację w jego opinii nazbyt skromną. Ten, rzecz jasna, wyraził swe niezadowolenie. - Przecież nie ma gości - tłumaczył się zdumiony kucharz. - To nic! - odpowiedział wódz. - Dzisiaj Lukullus ucztuje z Lukullusem!


Młodociany cesarz Heliogabal lubował się z kolei we wszelkiego rodzaju niespodziankach. Dania z ryżu chętnie przyprawiał perłami, a rozbawionym gościom pozwalał zabierać złote półmiski i wysadzane szlachetnymi kamieniami puchary. Nieszczęśnik, któremu zdarzyło się upić, budził się zwykle w pomieszczeniu pełnym niedźwiedzi, lwów i lampartów. Nie wiedział, że zwierzęta są oswojone. Całe przedstawienie przypominało współczesne skecze z udziałem ukrytej kamery. Do historii przeszła też uczta, po której każdy z gości otrzymał żywe zwierzę dokładnie takiego gatunku, z jakiego potrawę wcześniej kosztował. Nieco światła na ekscentryczne pomysły cesarza rzuca fakt, że widywano go nocami jeżdżącego po Rzymie rydwanem ciągniętym przez nagie kobiety.


Marek Gawiusz Apicjusz na uczty, które nawet współczesnym wydawały się niezwykłe, roztrwonił cały swój fantastyczny majątek - 100 milionów sestercji. Kiedy ostatnie 10 milionów okazało się kwotą zbyt małą, by przygotować coś naprawdę ekstra, popełnił efektowne samobójstwo. Do historii przeszedł jako autor pierwszej rzymskiej książki kucharskiej ?De Re Coquinaria Libri X? (O sztuce kulinarnej ksiąg 10). Dziś wciąż bywa nazywany najwybitniejszym gastronomem starożytności.

Vino pellite curas
Czyli ?Winem odpędźcie troski? - pisał swego czasu Horacy, kładąc, być może, podwaliny pod pierwsze w dziejach ludzkości afterparty. Po zakończeniu obiadu najwytrwalsi zapaśnicy Bachusa zaczynali bowiem coś na kształt usankcjonowanej pijatyki. Jej jedynym celem - a jakże - było przedłużenie zabawy! Mistrz ceremonii wskazywał sposób picia, kolejność przekazywania sobie pucharu, wreszcie wybierał osobę, której zdrowie miało być opijane.
Żelazną zasadą owych spotkań było wychylenie przez każdego uczestnika tylu pucharów wina, ile liter zawierało się we wszystkich trzech imionach ?solenizanta?. Możemy jedynie przypuszczać, co wyprawiało się u schyłku uczty, której głównym bohaterem był taki np. Tiberius Verecundius Apollonarius. Hasło ?zabawa do upadłego? nabierało wówczas nowego znaczenia!