Wbrew pozorom za projektem wcale nie stoi wielki kapitał ani żadna korporacja. Napoje Wild Grass to pomysł pary geografów: Małgorzaty Wujek i Michała Boreckiego. Dość szalony i niespodziewany, bo od początku nie miał to być po prostu biznes, ale nowy sposób na życie. Cała historia zaczęła się od wyjazdu do Indonezji. Tam Małgosia i Michał chcieli otworzyć mały hotel. Wszystko było nagrane, już mieli zostać na Bali na stałe. Ale na miejscu okazało się, że projekt nie wypalił i że tam nie zamieszkają. Potrzebowali nowego planu. I to szybko. Nasi nieustraszeni podróżnicy usiedli więc sobie na plaży i radzili, co tu dalej robić. A że było gorąco, pić się chciało, zaczęli rozmawiać o napojach. Do Polski wracali już z zeszytem pełnym notatek. A może zrobić soki owocowo-warzywne? Albo niepasteryzowane herbaty mrożone na wzór japoński? Okazało się, że nie ma sensu bawić się z sokami, bo konkurencja w Polsce jest już spora. Z kolei produkcja ice tea jest zbyt skomplikowana. Ale polskich hipsterskich napojów jeszcze nie ma!

W domowej kuchni zaczęło się kombinowanie ze smakami, przyprawami, różnymi rodzajami herbat, kawą. Potem było szukanie producenta odpowiednich ekstraktów. Bo Gosia i Michał uparli się, że swoje napoje stworzą z naturalnych aromatów i wyciągów z roślin, a nie z tych "identycznych z naturalnymi", syntetyzowanych w laboratorium. Nieugięci byli również przy poszukiwaniu zakładu, który zechciałby te ich "dziwne napoje" wyprodukować. Wszyscy kręcili nosem na gazowane drinki. Radzili, że zamiast pasteryzować, lepiej dodać benzoesanu sodu i będzie po sprawie. Zadania podjął się niewielki zakład w Szydłowcu. W całym przedsięwzięciu pomagali znajomi technolodzy z SGGW i graficy, promocją zajął się przyjaciel Staś Łubieński, który cały czas dzielnie wspiera Wild Grass. I udało się. Pierwsze butelki dotarły do Warszawy latem i dzięki dwóm dystrybutorom zaczęły pojawiać się w klubach.

Dziś w większości stołecznych knajp można się napić czterech soft drinków. Chai Cola to mieszanka wyciągów z czarnej herbaty i yerba mate z aromatem orzeszków cola. Lekko cierpka, orzeźwiająca, pachnąca korzennymi przyprawami. Chyba moja ulubiona. Gazowana Kava z posmakiem kardamonu jest ukłonem w stronę uwielbianej przez Michała słowackiej Kofoli. Jest i aromatyczny Min Ti z białej herbaty z łagodną miętą kłosową. To odpowiedź na marną ofertę mrożonych herbat na naszym rynku. Większość z nich zawiera około 0,2% ekstraktu herbacianego. Min Ti ma go aż 6%! Na końcu najbardziej wytrawny imbirowy Ale Ginger. Wszystkie wild grassy słodzone są zwykłym cukrem, a nie sztucznymi słodzikami, nie zawierają środków konserwujących, bo są pasteryzowane. Ich bazą jest niskozmineralizowana woda źródlana z ujęcia w Szydłowcu, tego samego, z którego korzystał w XIX w. miejscowy browar Maurycego Engemanna. Tę wodę zresztą Małgosia i Michał również butelkują pod etykietą "klubowej" wody Bąbelek. Są już pomysły na nowe smaki herbacianych drinków, ale na razie producenci nie zdradzają jakie. Wkrótce napoje pojawią się we Wrocławiu, w Łodzi i na Pomorzu. A jeśli ktoś nie chce czekać, może zamówić niewielką partię na firmowej stronie.

Opis na butelce "100% natural drink" to nie żaden chwyt reklamowy. Te napoje, choć nie mają żadnego certyfikatu bio, są rzeczywiście naturalne. Butelki są zwrotne, nie mają żadnych nadruków, tylko papierowe naklejki. Dodatkowo, żeby zachęcić fanów do inter-akcji, Wild Grass ogłosił nieustający konkurs na zdjęcie, które znajdzie się na etykietach napojów. Widać w tym przedsięwzięciu ogromną pasję, zaangażowanie i potencjał. I tak trzymać. W końcu jest co pić na mieście!

Wild Grass - www.wildgrass.pl, facebook.com/drinkwildgrass. Do spróbowania m.in. w Cafe Roskosz, Planie B, Spotkaniu ze Szpiegiem, My'o'my, Ethno Cafe B~lý Kon~cek, Resorcie.