W Polsce co roku odnotowuje się kilkaset przypadków zatruć grzybami. Najwięcej wśród dzieci. Ostatnio była nią czterolatka z Olesna (Opolskie), która zatruła się muchomorem sromotnikowym. W nocy z niedzieli na poniedziałek w Centrum Zdrowia Dziecka przeszczepiono jej wątrobę. Mimo to Polacy wciąż kupują grzyby bez atestu i nie korzystają z dostępnych darmowych porad ekspertów.



Na warszawskim bazarze przy rondzie Wiatraczna grzybiarze rozstawili się wzdłuż uliczki dzielącej targowisko. Jest ich ok. 20. Stoją z towarem, tuż przy krawężniku, w kilkumetrowych odstępach. Opakowanie grzybów (ok. 400 g) mają w cenach od 9 do 12 zł. Drobne opieńki były za 2,5 zł. Sprzedawała je kobieta wyglądająca na ok. 80 lat.

- Maślaki, opieńki, prawdziwki, podgrzybki. Na grzybową, na przetwory, na co potrzeba. Wszystkie piękne i zdrowe! - zachęcają handlarze.

- A z atestem? - pytam jedną z handlarek.

- A nieee - odpowiada, śmiejąc się pod nosem. Jakby brak atestu potwierdzającego, że wśród jej grzybów nie ma tych niejadalnych i trujących, był oczywistością.

Atest to obowiązek

Posiadanie atestu jest jednak obowiązkiem każdego sprzedawcy grzybów. Klienci mają prawo żądać jego okazania. Ja jednak nie słyszałam, by choć jeden spytał o atest.

Atesty wystawiane są przez grzyboznawcę (grzyby świeże i suszone) lub klasyfikatora (tylko grzyby świeże) za darmo, w stacjach sanitarno-epidemiologicznych lub na niektórych targowiskach. Są ważne przez 48 godzin.

Do stacji sanepid mogą się zgłaszać nie tylko sprzedawcy grzybów. Grzyboznawcy poza tym, że wydają atesty, udzielają też darmowych porad wszystkim, którzy nie są pewni, czy zebrali w lesie jadalne grzyby. Żeby z nich skorzystać, trzeba sprawdzić, gdzie znajduje się najbliższa stacja sanitarno-epidemiologiczna oraz kiedy odbywają się w niej dyżury.

W Warszawie np. porady udzielane są w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej 2-4 razy w tygodniu od 8.30 do 9.30 (harmonogram na stronie w internecie). W Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Łodzi w dni powszednie między godz. 9 a 11. Z reguły stacje nie pracują w weekendy, zatem grzyby zebrane w sobotę czy w niedzielę trzeba przechować w lodówce.

Nośmy pojedyncze sztuki

Elżbiecie Jabłońskiej, grzyboznawcy z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Łodzi, przejrzenie i ocena zbiorów przeciętnego grzybiarza zajmuje średnio od 2 do 15 min. Z reguły grzybiarze nie przynoszą całych wiader, ale po kilkanaście grzybów (jednego lub różnych rodzajów) albo tylko pojedyncze sztuki, co do których nie mają pewności.

Zdarza się jednak, że w problematycznych przypadkach potrzebuje więcej czasu. - Wtedy mówię, żeby ludzie nie czekali. Kiedy rozpoznam grzyb, oddzwaniam. Czasami musimy usiąść z atlasem albo nawet kilkoma, bo w każdym z nich są różne zdjęcia i różne opisy - opowiada Jabłońska.

Jak mówi, najtrudniej jest rozpoznać grzyb, który nie został przyniesiony w całości albo ma już kilka dni. - Czasem ludzie wysyłają mi mailem zdjęcie, ale widać na nim sam kapelusz. Wczoraj z kolei jacyś państwo przynieśli gałęziaka, ale był kilkudniowy i nie wiadomo było, czy to gałęziak złocisty, czy strojny, który jest niejadalny. Pani mówiła, że w niedzielę miał gorzki smak, ale potem już nie miał - tłumaczy. Gdy nie ma pewności, grzyb oczywiście trzeba wyrzucić.

Na dyżurach u grzyboznawcy tłumów nie ma. W zeszłym roku Jabłońska udzieliła w sumie 28 porad. W tym roku trochę więcej, bo 37. Grzybiarze najczęściej przychodzą po weekendzie. Zwykle przynoszą borowiki, maślaki czy kanie, których nie są pewni. Jabłońska przyznaje, że wśród grzybów często zdarzają się trujące.