Klasztor w Lubiniu niedaleko Kościana nie jest duży. Mieszka w nim 17 benedyktynów. Ojcowie otworzyli ośrodek medytacji chrześcijańskiej, prowadzą też małą szwalnię. Wszystko po to, żeby utrzymać klasztor i znajdujący się na jego terenie kościół św. Leonarda, który zbudowano w XIII wieku, a następnie kilkakrotnie przebudowywano. - To jeden z najcenniejszych zabytków budownictwa romańskiego w Wielkopolsce - mówi ojciec Patryk Ostrzyżek, który mieszka tu od 25 lat.


Benedyktynka przytrafiła się ojcu Patrykowi właściwie przypadkiem. Kiedyś do jego obowiązków należało zajmowanie się szkółką roślin ozdobnych i zakładanie ogrodów. - Wyjechałem na rok z Lubinia, a gdy wróciłem, o szkółce można było zapomnieć. Mój zastępca nie miał najwidoczniej ręki do roślin - mówi z uśmiechem ojciec Patryk. Wkrótce powierzono mu inne zadanie. Miał awansować na mistrza nalewkarskiego i producenta benedyktynki. Przyjął wyzwanie ze stoickim spokojem.


Wielka tajemnica

Początki produkcji ziołowego likieru benedyktynów sięgają 1510 roku. Wtedy wenecki mnich Bernardo Vincelli ustalił recepturę trunku, w którego skład weszły rum oraz około 40 ziół i korzeni, m.in. kardamon, mięta, melisa, arcydzięgiel, kolendra, hyzop, wanilia i szafran. Alkohol wzmacnia działanie wielu ziół, więc likiery przygotowywano przede wszystkim w celach leczniczych. Każdy z klasztorów modyfikował pierwotną recepturę, podmieniając trudno dostępne i drogie składniki na lokalne rośliny i korzenie. Skład likieru objęty był tajemnicą, a mało co działa na wyobraźnię pijącego tak, jak wielowiekowa receptura, do której dostęp mają tylko wybrani. Mnichom z węgierskiego opactwa Pannonhalma, produkującym wino, czy belgijskim trapistom - specjalistom od piwa - pomaga nimb otaczający klasztorne produkty. Czemu więc nie miałby pomóc lubińskiej wersji słynnej Bénédictine?


Rekonstrukcja receptury

Próżno było szukać starych dokumentów. Opactwo zostało spustoszone podczas potopu szwedzkiego, po drugim rozbiorze Polski odbudowaną klasztorną bibliotekę przejęli pruscy urzędnicy, a w 1836 roku przeprowadzono kasatę zakonu. Benedyktyni powrócili do Lubinia w 1924 roku, zaledwie 15 lat przed II wojną światową, podczas której klasztorne zabudowania były siedzibą domu starców i ośrodka Hitlerjugend. Benedyktynka przetrwała za to w kredensach polskich gospodarstw. Przepisy na nią zamieszczała Lucyna Ćwierczakiewiczowa, która w ?Jedynych praktycznych przepisach konfitur, konserw, soków, marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, ciast itp.? proponuje, by do stworzenia leczniczej mieszanki użyć araku, spirytusu, szafranu, jałowca, arcydzięgla i cukru. Najlepsza benedyktynka powstawała, gdy użyło się świeżego, wykopanego w maju korzenia arcydzięgla, a potem jesienią pomieszało wyciąg z niego z wyciągiem z właśnie zebranych jagód jałowca. Druga wersja przepisu przytaczana przez Ćwierczakiewiczową zakłada połączenie korzenia tataraku, arcydzięgla, cynamonu, wanilii, mirry i szafranu. Ojciec Patryk do produkcji benedyktynki używa wyciągów z 21 ziół, które suszone przyjeżdżają do klasztoru z hurtowni w Gostyniu. - Cukier zastąpiłem syropem owocowym, bo jest lepiej przyswajalny i daje gotowemu likierowi odpowiednią ciągliwość - tłumaczy reanimator klasztornej benedyktynki, który na rozgryzienie formalnych i praktycznych kwestii produkcji likierów i nalewek poświęcił wiele miesięcy.


Żmudne próby

Dziś amatorzy benedyktynki z Lubinia mają spory wybór. Mieszanka wciągów z 21 ziół tworzy smak gorzkiego ?Galla Anonima? o zawartości 40% alkoholu i jego delikatniejszego wydania ?Od siedmiu boleści?, które ma 32% alkoholu (dostępna jest też słodzona stewią wersja dla diabetyków). Na bazie 17 ziół ojciec Patryk przygotował z kolei półwytrawną benedyktynkę ?Opata Awdańca? (41% alkoholu) i 31-procentową, wyraźnie anyżową ?Do rany przyłóż?. - Po wielu próbach otrzymałem ostateczną wersję. Dla jednych okazała się za słodka, dla innych za gorzka. Trzeba było coś z tym zrobić - rozkłada ręce ojciec Patryk, tłumacząc obfitość asortymentu, po czym prowadzi do pomieszczenia na tyłach biura. Na każdej wolnej przestrzeni piętrzą się tu butelki z różnymi alkoholami, nalewami i destylatami. Zaglądamy też na tyły budynku, gdzie macerują się zioła i owoce. W piwnicy stoją stalowe kadzie wypełnione kolejnymi partiami benedyktynki i nalewek. Tam zajrzeć można jedynie przez judasza - dostępu bronią założone przez celnika plomby.


Liczne odmiany benedyktynki to nie wszystkie owoce pracy ojca Patryka. W końcu Reguła św. Benedykta głosi, że bezczynność jest wrogiem duszy. Kolejne eksperymenty nie zawsze kończyły się sukcesem. - Zrobiłem orzech - bierze głęboki wdech ojciec Patryk. - I już nie będę robił - kwituje, biorąc kolejny wdech. Pozytywnie próby przeszły nalewki: aroniowa, z głogu, tarninowa, kawowa, z kwiatu czarnego bzu, berberysowa, z czarnej porzeczki, imbirowa, z pigwy, z chilli, modnych ostatnio jagód goji, jarzębiny, pokrzywy i z nawłoci. Wygląda na to, że roboty ojcu Patrykowi nie zabraknie. Ostatnio bonifratrzy pozazdrościli benedyktynom własnego trunku i poprosili, by zrobić dla nich partię nalewki z rosnącego przy klasztorze pigwowca. - Miało być jej 200 litrów. Ale tak się rozpędziłem, że zrobiłem 1200 - z zadumą pociera czoło ojciec Patryk.