Marek: Tadziu, popatrz, pewna rzecz zniknęła nam z życia, ale jakoś nikt tego nie zauważył.
Tadeusz: Tak to zazwyczaj bywa, odejścia są ciche. A cóż takiego zniknęło?
M: Obrus.
T: Mam trzy. Twoja teza właśnie z hukiem upadła.
M: A używasz?
T: Rzadko. Już prawie nigdy. Tyle tego prasowania. I prania. I krochmalenia.
M: I tu jest pies pogrzebany. Ja nie twierdzę, że obrusy zniknęły nagle i na amen. Mówię tylko, że przestały być używane tak jak kiedyś. To znaczy często. Wręcz obowiązkowo. Wyobrażasz sobie elegancką kolację bez obrusa? Albo obiad niedzielny?
T: No... tak.
M: Widzisz, brak obrusa już nie szokuje. Nawet w miejscach wysokiej klasy. W domach na Wilanowie czy, imaginuj pan sobie, w ambitnych restauracjach. Idziesz na proszoną kolację albo na wytworne przyjęcie w wytwornych dwóch gwiazdkach i owszem jest, jak by tu rzec, schludnie i nowocześnie, leżą maty pod talerzami, kieliszki się świecą, noże puszczają zalotne oczka, lecz śnieżna biel lub krem angielski, mówię o kolorach, nie są już konieczne.
T: Bardzo ci to przeszkadza? Nadweręża apetycik?
M: Jeszcze nie wiem. Na razie obserwuję.
T: W jednym masz rację. Na mieście zwycięża tak zwana prostota. Wymyślono, że gołe drewno będzie odpowiadało duchowi czasu. Natura, luz, aczkolwiek, jak mówisz, dekoracje z zacięciem nowoczesnym, półartystycznym. Ale jemy na nieprzykrytym stole. Dotykamy prawdziwego drewna, koniec z nadmiernymi ceregielami. To nie jest głupie. Pomyśl, jak reagują ludzie, którzy widzą przez witrynę pięknie nakryty stół, pięknie ułożoną zastawę, serwetki stojące na baczność jak pieski preriowe.
M: Boją się. Biorą nogi za pas. Bo będzie kosztowało, bo głupio tak, w dzień powszedni, a nie w sobotę. I w takich starych spodniach albo w biurowej garsonce.
T: Właśnie. A tutaj sami swoi, jesteśmy jak u siebie w domu, niczym się nie musimy przejmować. Nawet jeśli, tak Bogiem a prawdą, pasta i tu, i tu kosztuje tyle samo. Stąd, jak podejrzewam, oszałamiający sukces wszystkich tych Charlott, Chlebów i Win itp.
M: To są późne dzieci Ikei.
T: Kto taki?
M: No te knajpy, o których wspominasz. Czuję w nich ducha takiej cudownej, naturalnej przystępności. Ach, naturalność! Z kolei w innych podobnych miejscach czasami rozsypią na stole jakieś kolorowe kamyczki. Czystość mineralna, barwy stonowane. Coś skandynawskiego jakby.
T: To nie jest precyzyjnie powiedziane.
M: Bo my nie jesteśmy od precyzji. My mamy inne zalety.
T: Nie szarżuj.
M: Aha, wiesz co jeszcze? Nie ma obrusów, coraz mniej jest też tradycyjnych talerzy. Takich, że wiesz, warto odwrócić i spojrzeć, skąd pochodzą. Zamiast nich - widziałem to w różnych, nieraz drogich miejscach - jakieś deski czy marmury albo szlifowane kamienie. Deski były szykiem nie tak dawno temu, nawet zwykłe deski do krojenia, na których kładli ci jakieś przystawki, wędliny i sery. Teraz deski zaczynają być na szczęście passé, wyszła na jaw ich pretensjonalność, w ich miejsce pojawiły się kawałki konglomeratów urwane z blatów kuchennych czy nawet prawdziwe carrary. Nie wygląda to źle, sorbet serwowany na marmurze trafia do wyobraźni, tu chłód i tu chłód, dobrana para. Właściwie to mi się nawet podoba, ale niekiedy - to pierwsza oznaka kryzysu - zaczynam tęsknić do prawdziwej porcelany z Ćmielowa.
T: To nie są pierwsze oznaki twego kryzysu. A propos, widziałem niedawno w galerii talerze do ryb z Ćmielowa, z lat 50. Powiem ci, że te wybrzuszone imitacje ryb na porcelanie sprawiają wrażenie, jakby tu rzec, wymysłu punkowego. Bardzo ekscentrycznego. Ale wracając do kamieni - byłem raz na obiedzie z grupą dziennikarzy w Kampanii, gdzie obserwowaliśmy, jak powstaje mozzarella. Knajpa niby elegancka, obrusy na stołach, ale bez nadmiernego krochmalu, serwety niesztywne. Siedzimy, czekamy, głód doskwiera, bo neapolitańskie śniadanko to kpina przecież, aż w końcu wchodzą kelnerzy z tacami i przed każdym kładą kamień. Więc czekamy na to coś, co na nich położą, choć kamienie wcale nie były płaskie, to jednak bez trudu dałyby się oblepić cieniutkimi plastrami suszonej szynki. Ale jedzenia jak nie było, tak nie ma, za to wchodzi kierownik i wygłasza wykład o geologicznej strukturze Kampanii, wskazując raz na jeden kamień, raz na drugi, i mówiąc, żeby każdy je

Marek: Tadziu, popatrz, pewna rzecz zniknęła nam z życia, ale jakoś nikt tego nie zauważył.

Tadeusz: Tak to zazwyczaj bywa, odejścia są ciche. A cóż takiego zniknęło?

M: Obrus.

T: Mam trzy. Twoja teza właśnie z hukiem upadła.

M: A używasz?

T: Rzadko. Już prawie nigdy. Tyle tego prasowania. I prania. I krochmalenia.

M: I tu jest pies pogrzebany. Ja nie twierdzę, że obrusy zniknęły nagle i na amen. Mówię tylko, że przestały być używane tak jak kiedyś. To znaczy często. Wręcz obowiązkowo. Wyobrażasz sobie elegancką kolację bez obrusa? Albo obiad niedzielny?

T: No... tak.

M: Widzisz, brak obrusa już nie szokuje. Nawet w miejscach wysokiej klasy. W domach na Wilanowie czy, imaginuj pan sobie, w ambitnych restauracjach. Idziesz na proszoną kolację albo na wytworne przyjęcie w wytwornych dwóch gwiazdkach i owszem jest, jak by tu rzec, schludnie i nowocześnie, leżą maty pod talerzami, kieliszki się świecą, noże puszczają zalotne oczka, lecz śnieżna biel lub krem angielski, mówię o kolorach, nie są już konieczne.

T: Bardzo ci to przeszkadza? Nadweręża apetycik?

M: Jeszcze nie wiem. Na razie obserwuję.

T: W jednym masz rację. Na mieście zwycięża tak zwana prostota. Wymyślono, że gołe drewno będzie odpowiadało duchowi czasu. Natura, luz, aczkolwiek, jak mówisz, dekoracje z zacięciem nowoczesnym, półartystycznym. Ale jemy na nieprzykrytym stole. Dotykamy prawdziwego drewna, koniec z nadmiernymi ceregielami. To nie jest głupie. Pomyśl, jak reagują ludzie, którzy widzą przez witrynę pięknie nakryty stół, pięknie ułożoną zastawę, serwetki stojące na baczność jak pieski preriowe.

M: Boją się. Biorą nogi za pas. Bo będzie kosztowało, bo głupio tak, w dzień powszedni, a nie w sobotę. I w takich starych spodniach albo w biurowej garsonce.

T: Właśnie. A tutaj sami swoi, jesteśmy jak u siebie w domu, niczym się nie musimy przejmować. Nawet jeśli, tak Bogiem a prawdą, pasta i tu, i tu kosztuje tyle samo. Stąd, jak podejrzewam, oszałamiający sukces wszystkich tych Charlott, Chlebów i Win itp.

M: To są późne dzieci Ikei.

T: Kto taki?

M: No te knajpy, o których wspominasz. Czuję w nich ducha takiej cudownej, naturalnej przystępności. Ach, naturalność! Z kolei w innych podobnych miejscach czasami rozsypią na stole jakieś kolorowe kamyczki. Czystość mineralna, barwy stonowane. Coś skandynawskiego jakby.

T: To nie jest precyzyjnie powiedziane.

M: Bo my nie jesteśmy od precyzji. My mamy inne zalety.

T: Nie szarżuj.

M: Aha, wiesz co jeszcze? Nie ma obrusów, coraz mniej jest też tradycyjnych talerzy. Takich, że wiesz, warto odwrócić i spojrzeć, skąd pochodzą. Zamiast nich - widziałem to w różnych, nieraz drogich miejscach - jakieś deski czy marmury albo szlifowane kamienie. Deski były szykiem nie tak dawno temu, nawet zwykłe deski do krojenia, na których kładli ci jakieś przystawki, wędliny i sery. Teraz deski zaczynają być na szczęście passé, wyszła na jaw ich pretensjonalność, w ich miejsce pojawiły się kawałki konglomeratów urwane z blatów kuchennych czy nawet prawdziwe carrary. Nie wygląda to źle, sorbet serwowany na marmurze trafia do wyobraźni, tu chłód i tu chłód, dobrana para. Właściwie to mi się nawet podoba, ale niekiedy - to pierwsza oznaka kryzysu - zaczynam tęsknić do prawdziwej porcelany z Ćmielowa.

T: To nie są pierwsze oznaki twego kryzysu. A propos, widziałem niedawno w galerii talerze do ryb z Ćmielowa, z lat 50. Powiem ci, że te wybrzuszone imitacje ryb na porcelanie sprawiają wrażenie, jakby tu rzec, wymysłu punkowego. Bardzo ekscentrycznego. Ale wracając do kamieni - byłem raz na obiedzie z grupą dziennikarzy w Kampanii, gdzie obserwowaliśmy, jak powstaje mozzarella. Knajpa niby elegancka, obrusy na stołach, ale bez nadmiernego krochmalu, serwety niesztywne. Siedzimy, czekamy, głód doskwiera, bo neapolitańskie śniadanko to kpina przecież, aż w końcu wchodzą kelnerzy z tacami i przed każdym kładą kamień. Więc czekamy na to coś, co na nich położą, choć kamienie wcale nie były płaskie, to jednak bez trudu dałyby się oblepić cieniutkimi plastrami suszonej szynki. Ale jedzenia jak nie było, tak nie ma, za to wchodzi kierownik i wygłasza wykład o geologicznej strukturze Kampanii, wskazując raz na jeden kamień, raz na drugi, i mówiąc, żeby każdy je powąchał Po wykładzie kelnerzy zabrali kamienie i wnieśli półmiski z mozzarellą. I wiesz, od tamtej pory na widok kamienia na stole staję się naburmuszony.

M: To zrozumiałe. Przypominam sobie obyczaj z bułgarskich knajp hotelowych z lat 70. Kiedy do stołu siadali nowi goście, kelner zdejmował obrus, zazwyczaj zaplamiony gulaszowym sosem, i kładł go z powrotem na stole, tylko spodnią stroną do góry. Wydało mi się to do cna obrzydliwe, choć trudno mi racjonalnie wytłumaczyć dlaczego, wiadomo, że jedzenie nie jest z powietrza. I wiesz, od tamtej pory obrus choćby z maleńką plamką sprawia, że tracę apetyt. A z drugiej strony zaczynam za obrusem tęsknić.

T: Och tak, ciężko nas życie doświadczyło, Mareczku. Psychiki mamy pokiereszowane jak weterani wojenni. Z kieliszkami też miałeś jakieś traumatyczne przejścia?

M: Niemal wyłącznie, ale to temat na osobną rozmowę.

T: Kozetka czy konfesjonał?

M: Rozmowę, nie spowiedź.

T: A ze sztućcami? Ewentualnie ich brakiem?

M: Pytasz, czy przeszedłem na ręce? Jeszcze nie. Ale pokusa jest, którą w moim domu tłumią i prześladują; uważają za wstrętne, gdy na przykład z francuska biorę kawałek bagietki w łapę i wyczyszczam talerz. Uważają to za fundamentalny brak etykiety i Ludwik XVI nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Nabijają chleb na widelec i tym szorują po dnie. Więc ja uważam, że oni nie wiedzą, co dobre. A raczej - co ważne. Chleb na widelcu, niedotknięty przez palce, smakuje gorzej. Nie wiem, jak jest u ciebie na Wilanowie.

T: Nie jest dobrze.

M: Z mojego punktu widzenia.

T: Z twojego.

M: Szkoda. No, ale mam jeszcze jedno pytanie. W związku ze sztućcami. Masz w domu koziołki?

T: Cztery.

M: A używasz?

T: Nigdy.

M: No widzisz. Koziołki też odchodzą do lamusa. A potrafią być takie śmieszne, przybierać takie fajne formy. Można by zrobić wystawę o dziejach koziołków.

T: Wiesz co, jestem lekko zaniepokojony. Ty, dawny hipis, autostopowicz jedzący byle co i byle jak w rowie, nostalgicznie się dopominasz o serwety, obrusy, koziołki, sztućce z najlepszej stali. Co ci jest?

M: A, tak mnie wzięło. Bo jakoś tak brzydko się zrobiło dookoła. Okropne rzeczy się dzieją na świecie i chciałoby się, jakby ci to powiedzieć, trochę piękna.

T: No, dobrze, wyprasuję ci na niedzielę obrus. Nie wiem, czy to ci pomoże, ale wybiorę ten najlepszy, ani jednej plamki.

M: Będę wdzięczny. I ugotujesz coś pysznego, prawda?

Przepisy

Danie do obrusa, czyli zupa z cielęciny i ciecierzycy

Składniki: 

300 g ciecierzycy
kilka kawałków giczy cielęcej, łącznie 3/4-1 kg
6 ząbków czosnku
sól i pieprz, sok z cytryny
pęczek kolendry

Przygotowanie: 

Ciecierzycę namaczamy na noc w zimnej wodzie, odcedzamy i wkładamy do kociołka razem z mięsem. Powoli doprowadzamy do wrzenia, odszumowujemy i gotujemy na małym ogniu przez dwie godziny lub dłużej, aż ciecierzyca będzie miękka. Odcedzamy ją, zachowując wywar, miksujemy z czosnkiem, dodając nieco wywaru, a potem łączymy z resztą. Dodajemy
pokrojone mięso i wyjęty z kości szpik (zamiast dodawać szpik do zupy, można zmiksować go z ciecierzycą), podgrzewamy, doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Posypujemy posiekaną kolendrą (siekamy listki i łodyżki, koniecznie łodyżki!).

Do obrusa pasuje wino białe, które zostawi co najwyżej dyskretne plamy, a i do cielęciny nie będzie od rzeczy. Musi być dużo materii i wyraźna kwasowość, jak w węgierskim Leányka 2011 od świetnego winiarza Tamása Póka z Egeru (ok 75 zł).

Danie bez obrusa, czyli zupa biblijna

Składniki:

1 duża cebula
1,25 kg czerwonej soczewicy
1,5 l wywaru mięsnego
sól i pieprz
sok z cytryny
2-4 kromki czerstwego
chleba pszennego
oliwa do smażenia i podania
1 ząbek czosnku

Przygotowanie:

Cebulę drobniutko siekamy, soczewicę płuczemy skrupulatnie (nie trzeba jej wcześniej namaczać). Dodajemy do wywaru i gotujemy przez pół godziny lub dłużej, aż soczewica zupełnie się rozpadnie. Doprawiamy solą, pieprzem oraz sokiem z cytryny. Chleb kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na odrobinie oliwy, do której wycisnęliśmy czosnek.
Napełniamy zupą miski (koniecznie miski, nie chodzi o głębokie talerze!), posypujemy grzaneczkami. Osobno podajemy oliwę, najlepiej mocno pikantną.

Możemy spokojnie pochlapać blat czerwonym winem, lekkim.
Też coś węgierskiego (na Węgrzech również czytają Biblię), najlepiej dobre Egri, jak to od Istvána Balgi (30 zł) z 2011 roku. Ja tam wlałbym nawet kieliszeczek do gotującej się zupy, ale co będę Tadzia poprawiał.
Zdjęcie Duo Serwis obiadowy PORTO 50915 Zdjęcie Luminarc Serwis obiadowy DAILY SPECIALS 19 cz Zdjęcie Veroni Serwis obiadowy MYSTIC GOLD TULIPAN biały 41el
Duo Serwis obiadowy PORTO Luminarc Serwis obiadowy Veroni Serwis obiadowy
źródło: Okazje.info