Marek:  Tadziu, wiesz czego najbardziej nie lubię w restauracji?
Tadeusz: Chwili, w której przynoszą rachunek. Na tyle cię znam.
M: Znasz mnie, ale nie aż tak dobrze. Jest na odwrót. Najbardziej nie lubię chwili, która nie wieńczy wizyty, lecz ją otwiera. Kiedy to ledwie usadowiliśmy się przy stole, ledwo odsapnęliśmy i podchodzi kelner: ?Czy mogę zaproponować coś do picia na początek??. Albo: ?Czego się państwo napiją na początek??.
T: Brrr.
M: Na początek! Od razu bym dał dyla. Nie weźmiesz nic na początek, czujesz się winny. Weźmiesz coś - czujesz się nieswój, bo wcale nie masz ochoty na martini. A później naleje ci wina na trzy czwarte kieliszka, żeby butelka szybciej zeszła, i zaraz podleci, by spytać, czy nie chcemy drugiej, kolejną wodę przynosi właściwie bez pytania i czeka niecierpliwie z kartą deserów, o którą nikt nie prosił.
T: Cięty jesteś na kelnerów. Nieraz rzucałeś gromy, ostatnio nie ty jeden. To od pewnego czasu łatwy cel.
M: Bo wciskają. A ja nie lubię wciskania. Lubię w restauracji, żeby mnie nikt nie nagabywał.
T: Do czego zmierzasz?
M: Do food trucku.
T: Brrr.
M: Czemu tak dygoczesz?
T: Bo masz fatalny akcent.
M: Powiedz to ty.
T: Foooodtruuuuck.
M: Boże, jak pięknie. Widzisz, Tadziu, ty będziesz wymawiał, ja będę zamawiał. Prosto z chodnika.
T: Ale ja nie wiem, czy z tobą pójdę. Do jedzenia ulicznego mam stosunek chłodny. Przekonaj mnie.
M: Po pierwsze, nie ma kelnerów. Czujesz się wolny. Siadasz sobie na ławeczce albo na pobliskim murku i przypominają ci się szkolne czasy. Masz ochotę majtać nogami. O, w ten sposób.
T: Auuu!
M: Przepraszam. Zamawiasz i czujesz się wolny, niczego nie bierzesz ?na początek?. Nikt cię nie męczy z deserem. Wolność, piękne uczucie.
T: Wiesz, to żadna w końcu nowina, zapiekanki i orientalne kuchnie w przyczepach samochodowych tworzą widok znany od długich lat. Znany i, rzekłbym, słusznie niedoceniany.
M: Otóż nie, to już nie jest uliczne żarcie, jak kiedyś. W food tr... no, w ciężarówkach żywieniowych, w papu-busach, że tak rzeknę, serwują teraz frykasy. W tym pies pogrzebany. Czy raczej, w tym befsztyk podawany. Bo wołowina w papu-busach króluje. Ale nie byle jaka, sezonowana, rasy angus czy innego dobrego pochodzenia. We Francji, gdzie moda mocno się rozwinęła, możesz dostać foie gras, ostrygi i przegrzebki. Długo leżakowane sery. Chleb z najlepszych piekarni. Masło bretońskie od małego producenta. W stolicy już mamy parę fajnych ciężarówek. I nadciągają inne.
T: Ale higiena. Tu benzyna, tam oliwa, tu ogumienie, tam widelczyki, czuję niesprecyzowany, ale dobitny duchowy wstręt do tych twoich żarciotirów. Albo olej, sto razy używany, jak we wspomnianych przyczepach.
M: W najlepszej restauracji może się to zdarzyć. W papu-busach masz całe kuchnie, blaty, zlewy. Higiena zależy już tylko od czynnika ludzkiego. A czynnikowi ludzkiemu trzeba ufać. Jest młody i prężny. I wie, że bez jakości nic nie zarobi.
T: Dawno nie widziałem cię w takim uniesieniu. Na ogół narzekasz. A nie wietrzysz w tej modzie hipsterskiego sznytu? Typu: my jesteśmy równi, my jesteśmy chłopaki i dziewczyny miasta, nie dla nas wymuskane restauracje, my zjemy na chybcika prosto z chodnika, ale poniżej sushi i wołowiny angus nie zejdziemy.
M: Jakoś tego nie widzę. Widzę raczej młodych, którzy wymyślili coś nowego i na poziomie. Bo już nie tylko food trucki zapełniają skwery i ulice, ale też podręczne bary kawowe, gdzie dostaniesz przyzwoite espresso, albo wyciskarnie soków na czterech kółkach.
T: No tak, zaczynam się czuć przekonany, zwłaszcza kiedy sobie przypomnę saturatory
M: Chyba należałoby wyjaśnić młodszym, czym były saturatory
T: Racja. To takie małe wózeczki rozproszone po centrum Warszawy i innych miast, a także na dworcach kolejowych. Wystawał z nich kranik z wodą sodową
M: albo stało na nich tylko parę syfonów z wodą sodową, tak dzisiaj poszukiwanych przez hipsterów do dekoracji wnętrz
T: oraz syrop malinowy w butelkach. I dwie, trzy szklaneczki. Prawdziwe, ze szkła. Zamawiałeś wodę z sokiem lub bez, wypijałeś, oddawałeś szklaneczkę. Ta była wówczas pro forma płukana, napełniana wodą z sokiem lub bez i podawana kolejnej osobie.
M: No i co? Zatrułeś się choć raz?
T: Nie. Inna sprawa, że nie piłem wody, z sokiem ani bez niego, z saturatora.
M: Jak ten snob i bananowiec, którym chyba wciąż jesteś!
T: Ale zaczekaj. Ja te pojazdy, co się teraz z angielska nazywają, pamiętam z Berlina - ma się rozumieć - Zachodniego. Rok 1980. W środku zimy było ich więcej niż saturatorów w Warszawie w środku lata. Sęk w tym, że serwowano z nich wyłącznie kiełbaski. Ubogi student, taki jak ja, mógł się solidnie pożywić tanim kosztem, choć pałaszowali te kiełbaski także ludzie ewidentnie zamożni. Z jaguarów wysiadali, żeby wtrząchnąć currywursta i schultheissem popić.
M: Więc sam już widzisz, jak to się zmieniło. Z warszawskiego food trucka dostaniesz kiełbaskę, a jakże, ale z ekomięsa, i prawdziwe frytki i chińszczyznę na lepszym poziomie, i...
T: No, ale piwka to już nie. Ani muscadeta do ostryg. A przecież oni są mobilni, mają wielkie koła i potężne silniki i mogą uciekać przed władzą, przemieszczać się z Pragi na Powiśle, co godzinę stać gdzie indziej i polewać szampana, a hipsterzy gonią za nimi na rowerach, wyobrażasz sobie taki scenariusz?
M: Wiem, że straż miejska sprawdza ich numery rejestracyjne. Wlepia mandaty. Foodtruckowcy...
T: Brrr.
M: Właściciele papu-busów muszą prywatne parkingi opłacać, nie mają tak lekko. Nie, mój drogi, nie o to w tym chodzi. Chodzi, że jest nowy trend. Żeby uwolnić wyobraźnię w temacie jedzenia.
T: Jestem za, a nawet przeciw.
M: Papu-busy, wędrowne kawiarnie, a także wędrowni kucharze, którzy u ciebie w domu przygotują posiłek albo zaproszą cię na kolację do siebie - wszystko to tworzy nowy gastronomiczny front. Nie jest on w sposób bezpośredni skierowany przeciw restauracjom, ale trochę je podgryza, bo pokazuje, że można jeść nie gorzej, za to taniej i w lepszym towarzystwie. A ty masz prawo jazdy?
T: Na skuter.
M: Na skuterze niczego nie ugotujesz.
T: Mam skuter z przyczepką.
M: To mógłby być pierwszy food... Psiakość, nie wiem, jak się mówi skuter po angielsku.
T: Scooooooter.
M: Matko, jak pięknie to wymawiasz! To jedziemy, dawaj przepisy!

Marek: Tadziu, wiesz czego najbardziej nie lubię w restauracji?

Tadeusz: Chwili, w której przynoszą rachunek. Na tyle cię znam.

 

M: Znasz mnie, ale nie aż tak dobrze. Jest na odwrót. Najbardziej nie lubię chwili, która nie wieńczy wizyty, lecz ją otwiera. Kiedy to ledwie usadowiliśmy się przy stole, ledwo odsapnęliśmy i podchodzi kelner: "Czy mogę zaproponować coś do picia na początek?". Albo: "Czego się państwo napiją na początek?".

T: Brrr.

M: Na początek! Od razu bym dał dyla. Nie weźmiesz nic na początek, czujesz się winny. Weźmiesz coś - czujesz się nieswój, bo wcale nie masz ochoty na martini. A później naleje ci wina na trzy czwarte kieliszka, żeby butelka szybciej zeszła, i zaraz podleci, by spytać, czy nie chcemy drugiej, kolejną wodę przynosi właściwie bez pytania i czeka niecierpliwie z kartą deserów, o którą nikt nie prosił.

 

T: Cięty jesteś na kelnerów. Nieraz rzucałeś gromy, ostatnio nie ty jeden. To od pewnego czasu łatwy cel.

M: Bo wciskają. A ja nie lubię wciskania. Lubię w restauracji, żeby mnie nikt nie nagabywał.

T: Do czego zmierzasz?

M: Do food trucku.

T: Brrr.

 

M: Czemu tak dygoczesz?

T: Bo masz fatalny akcent.

M: Powiedz to ty.

T: Foooodtruuuuck.

M: Boże, jak pięknie. Widzisz, Tadziu, ty będziesz wymawiał, ja będę zamawiał. Prosto z chodnika.

 

T: Ale ja nie wiem, czy z tobą pójdę. Do jedzenia ulicznego mam stosunek chłodny. Przekonaj mnie.

M: Po pierwsze, nie ma kelnerów. Czujesz się wolny. Siadasz sobie na ławeczce albo na pobliskim murku i przypominają ci się szkolne czasy. Masz ochotę majtać nogami. O, w ten sposób.

T: Auuu!

 

M: Przepraszam. Zamawiasz i czujesz się wolny, niczego nie bierzesz ?na początek?. Nikt cię nie męczy z deserem. Wolność, piękne uczucie.

T: Wiesz, to żadna w końcu nowina, zapiekanki i orientalne kuchnie w przyczepach samochodowych tworzą widok znany od długich lat. Znany i, rzekłbym, słusznie niedoceniany.

 

M: Otóż nie, to już nie jest uliczne żarcie, jak kiedyś. W food tr... no, w ciężarówkach żywieniowych, w papu-busach, że tak rzeknę, serwują teraz frykasy. W tym pies pogrzebany. Czy raczej, w tym befsztyk podawany. Bo wołowina w papu-busach króluje. Ale nie byle jaka, sezonowana, rasy angus czy innego dobrego pochodzenia. We Francji, gdzie moda mocno się rozwinęła, możesz dostać foie gras, ostrygi i przegrzebki. Długo leżakowane sery. Chleb z najlepszych piekarni. Masło bretońskie od małego producenta. W stolicy już mamy parę fajnych ciężarówek. I nadciągają inne.

 

T: Ale higiena. Tu benzyna, tam oliwa, tu ogumienie, tam widelczyki, czuję niesprecyzowany, ale dobitny duchowy wstręt do tych twoich żarciotirów. Albo olej, sto razy używany, jak we wspomnianych przyczepach.

M: W najlepszej restauracji może się to zdarzyć. W papu-busach masz całe kuchnie, blaty, zlewy. Higiena zależy już tylko od czynnika ludzkiego. A czynnikowi ludzkiemu trzeba ufać. Jest młody i prężny. I wie, że bez jakości nic nie zarobi.

 

T: Dawno nie widziałem cię w takim uniesieniu. Na ogół narzekasz. A nie wietrzysz w tej modzie hipsterskiego sznytu? Typu: my jesteśmy równi, my jesteśmy chłopaki i dziewczyny miasta, nie dla nas wymuskane restauracje, my zjemy na chybcika prosto z chodnika, ale poniżej sushi i wołowiny angus nie zejdziemy.

M: Jakoś tego nie widzę. Widzę raczej młodych, którzy wymyślili coś nowego i na poziomie. Bo już nie tylko food trucki zapełniają skwery i ulice, ale też podręczne bary kawowe, gdzie dostaniesz przyzwoite espresso, albo wyciskarnie soków na czterech kółkach.

 

T: No tak, zaczynam się czuć przekonany, zwłaszcza kiedy sobie przypomnę saturatory

M: Chyba należałoby wyjaśnić młodszym, czym były saturatory

T: Racja. To takie małe wózeczki rozproszone po centrum Warszawy i innych miast, a także na dworcach kolejowych. Wystawał z nich kranik z wodą sodową

M: albo stało na nich tylko parę syfonów z wodą sodową, tak dzisiaj poszukiwanych przez hipsterów do dekoracji wnętrz

 

T: oraz syrop malinowy w butelkach. I dwie, trzy szklaneczki. Prawdziwe, ze szkła. Zamawiałeś wodę z sokiem lub bez, wypijałeś, oddawałeś szklaneczkę. Ta była wówczas pro forma płukana, napełniana wodą z sokiem lub bez i podawana kolejnej osobie.

M: No i co? Zatrułeś się choć raz?

T: Nie. Inna sprawa, że nie piłem wody, z sokiem ani bez niego, z saturatora.

 

M: Jak ten snob i bananowiec, którym chyba wciąż jesteś!

T: Ale zaczekaj. Ja te pojazdy, co się teraz z angielska nazywają, pamiętam z Berlina - ma się rozumieć - Zachodniego. Rok 1980. W środku zimy było ich więcej niż saturatorów w Warszawie w środku lata. Sęk w tym, że serwowano z nich wyłącznie kiełbaski. Ubogi student, taki jak ja, mógł się solidnie pożywić tanim kosztem, choć pałaszowali te kiełbaski także ludzie ewidentnie zamożni. Z jaguarów wysiadali, żeby wtrząchnąć currywursta i schultheissem popić.

 

M: Więc sam już widzisz, jak to się zmieniło. Z warszawskiego food trucka dostaniesz kiełbaskę, a jakże, ale z ekomięsa, i prawdziwe frytki i chińszczyznę na lepszym poziomie, i...

T: No, ale piwka to już nie. Ani muscadeta do ostryg. A przecież oni są mobilni, mają wielkie koła i potężne silniki i mogą uciekać przed władzą, przemieszczać się z Pragi na Powiśle, co godzinę stać gdzie indziej i polewać szampana, a hipsterzy gonią za nimi na rowerach, wyobrażasz sobie taki scenariusz?

 

M: Wiem, że straż miejska sprawdza ich numery rejestracyjne. Wlepia mandaty. Foodtruckowcy...

T: Brrr.

M: Właściciele papu-busów muszą prywatne parkingi opłacać, nie mają tak lekko. Nie, mój drogi, nie o to w tym chodzi. Chodzi, że jest nowy trend. Żeby uwolnić wyobraźnię w temacie jedzenia.

T: Jestem za, a nawet przeciw.

 

M: Papu-busy, wędrowne kawiarnie, a także wędrowni kucharze, którzy u ciebie w domu przygotują posiłek albo zaproszą cię na kolację do siebie - wszystko to tworzy nowy gastronomiczny front. Nie jest on w sposób bezpośredni skierowany przeciw restauracjom, ale trochę je podgryza, bo pokazuje, że można jeść nie gorzej, za to taniej i w lepszym towarzystwie. A ty masz prawo jazdy?

T: Na skuter.

M: Na skuterze niczego nie ugotujesz.

 

T: Mam skuter z przyczepką. M: To mógłby być pierwszy food... Psiakość, nie wiem, jak się mówi skuter po angielsku.

T: Scooooooter.

M: Matko, jak pięknie to wymawiasz! To jedziemy, dawaj przepisy!

 

Przepisy

Krewetki w cieście tempura z sosem ostro-kwaśnym

Sos:

  • 1 ząbek czosnku
  • 1 papryczka chilli
  • 5 łyżek octu ryżowego
  • 2 łyżki oleju z pestek winogron
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 łyżki japońskiego sosu sojowego
  • ewentualnie parę łyżek soku z pomarańczy
  • Tempura:
  • 24 spore krewetki
  • 200 ml lodowatej wody
  • 1 żółtko
  • 100 g mąki
  • olej do smażenia

Sposób przygotowania:

Posiekany czosnek i posiekaną, wypestkowaną papryczkę mieszamy z łyżką octu. Stopniowo dodajemy olej, ciągle mieszając. W osobnej misce mieszamy resztę octu, sok z cytryny i sos sojowy. Łączymy obie mieszanki i odstawiamy na kilka godzin do lodówki. Jeśli powstały sos jest zdecydowanie za kwaśny, dodajemy trochę soku z pomarańczy. Krewetki pozbawiamy główek i pancerzyków, usuwamy przewody pokarmowe. Do wody wkładamy żółtko, mieszamy pałeczkami. Porcjami dodajemy mąkę, wciąż mieszając; ciasto ma być grudkowate. Zanurzamy w nim krewetki, po jednej naraz, smażymy 2 minuty w głębokim oleju. Podajemy z sosem.

Do tego wino bardziej nawet różowe niż krewetki, na przykład z Alto Adige Lagrein Rosé 2012 (ok. 60 zł). Taniej i bielej burgund z Mâcon-Villages 2013 (20-27 zł; jest w Marks & Spencer, dobra okazja). Jeśli krewetki są  z food trucka, bierzemy wodę, a wino zostawiamy do dalszej kumulacji.

 

Tajskie curry z dyni i wołowiny

Składniki:

  • 500 g obranej dyni (bez?pestek i włókien)
  • 500 g wołowiny z łopatki lub?tzw. gulaszowej
  • 1 łyżka oleju
  • 2 łyżki czerwonej pasty curry
  • 500 ml mleczka kokosowego (lub więcej)
  • 2 łyżki sosu rybnego
  • 1 łyżeczka pokrojonego na?nitki imbiru
  • szczypta otartej skórki z limonki plus sok do smaku
  • 100 ml śmietanki kokosowej

 

Sposób przygotowania:

Dynię tniemy w kostkę o boku 2-3 cm, mięso na kawałki z grubsza tej samej wielkości. W dużej głębokiej patelni rozgrzewamy olej, dodajemy pastę curry i smażymy, mieszając, przez kilka minut, aż zacznie mocno pachnieć. Dodajemy wołowinę i smażymy kilka minut na średnim ogniu, mieszając. Wlewamy mleczko kokosowe i sos rybny, dodajemy imbir i skórkę z limonki, mieszamy i gotujemy godzinę na małym ogniu. Dodajemy dynię, a jeśli w patelni jest za mało płynu, dolewamy więcej mleczka. Gotujemy jeszcze 45 minut lub dłużej - mięso ma być miękkie. Wlewamy śmietankę kokosową, mieszamy. Jeśli sos jest nudno słodki, ożywiamy go sokiem z limonki. Podajemy z ryżem.


Tokajski furmint, w zależności od gustów to bardziej, to mniej wytrawny. Ale nawet ten bardziej wytrawny nie jest aż tak wytrawny, więc podejdzie do tych ostrości-słodkości. Na przykład Sarga Borhaz Dry Furmint 2012 (za 26 zł) albo drożej i lepiej, za 45 Dry Furmint 2012 od Disznókö.