arek: Już prędzej metafizyki. A ty?
T: Znam się tylko na prawach patafizyki. To taka dziwna nauka o fikcyjnych rozwiązaniach nieistniejących problemów.
M: Ach, tak Jakoś mnie to nie dziwi. Ale dlaczego zaczynasz w takim razie od praw fizyki?
T: Bo ich nie znam, a w przypadku ormiańskiego grilla odgrywać muszą istotną rolę.
M: A ten ormiański grill to, jak rozumiem, wymysł patafizyczny?
T: Bynajmniej, jest to grill z krwi i kości, że tak powiem, deklasujący powszechnie używane grille amerykańskie.
M: Deklasujący?
T: Po prostu bije wszystkie inne grille na głowę. Wyobraź sobie rynnę. Może być okrągła, może być prostokątna. Zrobiona z damasceńskiej stali. Na szerokość ma około metra. Przepoławiasz ją wzdłuż i masz ormiański grill.
M: Prostota jest warunkiem elegancji, wiadomo to powszechnie, spójrz choćby na mnie. Lecz co w tym urządzeniu nadzwyczajnego poza tym, że jest z tej samej stali, co najlepsza biała broń?
T: Nadal nie rozumiesz? Jego zdolność do demonstrowania nieznanych mi praw fizyki.
M: Tadziu, nie rozmawiajmy o prawach fizyki, zostawmy to pogodynkom i innym celebrytom. Ty się na tym nie znasz, ja się na tym nie znam i obaj na tym nie zarobimy. Powiedz lepiej, jak smakują potrawy z rusztu ormiańskiego w porównaniu z potrawami z rusztów, w które wyposażony jest statystyczny grillmajster polski.
T: Niechcący trafiłeś w sedno. Jak ta małpa, co palcem stopy obstawia trafnie spółki na giełdach. Otóż w ormiańskim grillu nie ma rusztu!
M: Więc nabijamy kiełbasę na patyk i stoimy nad tą rynną, jak harcerzyki nad ogniskiem?
T: Niezupełnie. To, co się da, nabijamy na szpadki. Grill jest długi, może mieć i dwa metry. Żar jest pośrodku, co może oznaczać, że rozciąga się na metr lub więcej. Mamy więc różną temperaturę pieczenia, zależnie od tego, gdzie kładziemy szpadki. A kiedy jest coś, czego na szpadki wbić się nie da - befsztyk albo ryba - kładziemy to na szpadkach ułożonych jedna obok drugiej, jak żeberka rusztu. I w rzeczy samej, trzeba tymi szpadkami kręcić, choć oczywiście są grille elektryczne, w których szpadki kręcą się cały czas, jak rożny, lecz wówczas sztuka i przyjemność grillowania idą w odstawkę, a z grillmajstra robi się leń i moczymorda.
M: Tak między nami mówiąc - brzmi to bardzo niebezpiecznie.
T: No cóż, są przecież bary mleczne. A już zupełnie między nami mówiąc - czy Armenia kojarzy ci się z bezpieczeństwem?
M: Nie powtarzaj tego nikomu, lecz Arabowie mają takie powiedzenie: jeśli za jednostkę handlowej uczciwości wziąć Greka, to stu Greków równa się jednemu Żydowi, a stu Żydów jednemu Ormianinowi.
T: Już to słyszałem od pewnego Amerykanina, który opowiadał równie dobre dowcipy o Polakach. Ale pytałeś o smak. Otóż wszystko smakuje lepiej, jeśli gdzieś w pobliżu czyha niebezpieczeństwo. Takie drobne niebezpieczeństwo. Zbliżająca się burza, złamany korkociąg, erotyczny rywal, batalion separatystów
M: A jeśli czuję się bezpiecznie, pogoda ładna, wino na zakrętkę, dziewczyna zakochana, ceny w karcie za porcję, a nie sto gramów - czy wówczas przewaga grilla ormiańskiego nad innymi pozostaje oczywista?
T: Jak najbardziej. Niebezpieczeństwo to koloryt lokalny. Miły, choć niekonieczny. Liczy się czas reakcji. Usmażyć i zdążyć uskoczyć przed mieczem.
M: Więc jednak prawa fizyki!
T: Toż od początku mówię. Masz ten grill na dwa metry. Tu jest 75 stopni, tu 175, tu 275 i tak dalej. Jeśli chcesz zmieniać temperaturę pieczenia, co nie zawsze się zdarza, lecz zdarza się często, sprawujesz nad tym o wiele większą kontrolę niż w przypadku mniejszych grillów. I bez problemu pieczesz jednocześnie po jednej stronie kurczaka, po drugiej kalarepę, w środku szaszłyk jagnięcy, jak ci muzyka zagra.
M: Mnie muzyka gra na kaszankę.
T: Boże, z kim ja się zadaję!
M: Z polskim konsumentem. Którego trudno będzie odwieść od polskiego grilla, bo tu jest rzecz prosta: żadnych kombinacji z temperaturą, przenoszenia udka z 75 stopni do 150, bo i tak jakoś wyjdzie.
T: No właśnie, jakoś się uda. To Polska właśnie. Tymczasem grill ormiański wymaga rozwiązywania istotnych problemów, którymi nasz konsument nie chce

Tadeusz: Znasz się na prawach fizyki?

Marek: Już prędzej metafizyki. A ty?

T: Znam się tylko na prawach patafizyki. To taka dziwna nauka o fikcyjnych rozwiązaniach nieistniejących problemów.

M: Ach, tak jakoś mnie to nie dziwi. Ale dlaczego zaczynasz w takim razie od praw fizyki?

T: Bo ich nie znam, a w przypadku ormiańskiego grilla odgrywać muszą istotną rolę.

M: A ten ormiański grill to, jak rozumiem, wymysł patafizyczny?

T: Bynajmniej, jest to grill z krwi i kości, że tak powiem, deklasujący powszechnie używane grille amerykańskie.

M: Deklasujący?

T: Po prostu bije wszystkie inne grille na głowę. Wyobraź sobie rynnę. Może być okrągła, może być prostokątna. Zrobiona z damasceńskiej stali. Na szerokość ma około metra. Przepoławiasz ją wzdłuż i masz ormiański grill.

M: Prostota jest warunkiem elegancji, wiadomo to powszechnie, spójrz choćby na mnie. Lecz co w tym urządzeniu nadzwyczajnego poza tym, że jest z tej samej stali, co najlepsza biała broń?

T: Nadal nie rozumiesz? Jego zdolność do demonstrowania nieznanych mi praw fizyki.

M: Tadziu, nie rozmawiajmy o prawach fizyki, zostawmy to pogodynkom i innym celebrytom. Ty się na tym nie znasz, ja się na tym nie znam i obaj na tym nie zarobimy. Powiedz lepiej, jak smakują potrawy z rusztu ormiańskiego w porównaniu z potrawami z rusztów, w które wyposażony jest statystyczny grillmajster polski.

T: Niechcący trafiłeś w sedno. Jak ta małpa, co palcem stopy obstawia trafnie spółki na giełdach. Otóż w ormiańskim grillu nie ma rusztu!

M: Więc nabijamy kiełbasę na patyk i stoimy nad tą rynną, jak harcerzyki nad ogniskiem?

T: Niezupełnie. To, co się da, nabijamy na szpadki. Grill jest długi, może mieć i dwa metry. Żar jest pośrodku, co może oznaczać, że rozciąga się na metr lub więcej. Mamy więc różną temperaturę pieczenia, zależnie od tego, gdzie kładziemy szpadki. A kiedy jest coś, czego na szpadki wbić się nie da - befsztyk albo ryba - kładziemy to na szpadkach ułożonych jedna obok drugiej, jak żeberka rusztu. I w rzeczy samej, trzeba tymi szpadkami kręcić, choć oczywiście są grille elektryczne, w których szpadki kręcą się cały czas, jak rożny, lecz wówczas sztuka i przyjemność grillowania idą w odstawkę, a z grillmajstra robi się leń i moczymorda.

M: Tak między nami mówiąc - brzmi to bardzo niebezpiecznie.

T: No cóż, są przecież bary mleczne. A już zupełnie między nami mówiąc - czy Armenia kojarzy ci się z bezpieczeństwem?

M: Nie powtarzaj tego nikomu, lecz Arabowie mają takie powiedzenie: jeśli za jednostkę handlowej uczciwości wziąć Greka, to stu Greków równa się jednemu Żydowi, a stu Żydów jednemu Ormianinowi.

T: Już to słyszałem od pewnego Amerykanina, który opowiadał równie dobre dowcipy o Polakach. Ale pytałeś o smak. Otóż wszystko smakuje lepiej, jeśli gdzieś w pobliżu czyha niebezpieczeństwo. Takie drobne niebezpieczeństwo. Zbliżająca się burza, złamany korkociąg, erotyczny rywal, batalion separatystów...

M: A jeśli czuję się bezpiecznie, pogoda ładna, wino na zakrętkę, dziewczyna zakochana, ceny w karcie za porcję, a nie sto gramów - czy wówczas przewaga grilla ormiańskiego nad innymi pozostaje oczywista?

T: Jak najbardziej. Niebezpieczeństwo to koloryt lokalny. Miły, choć niekonieczny. Liczy się czas reakcji. Usmażyć i zdążyć uskoczyć przed mieczem.

M: Więc jednak prawa fizyki!

T: Toż od początku mówię. Masz ten grill na dwa metry. Tu jest 75 stopni, tu 175, tu 275 i tak dalej. Jeśli chcesz zmieniać temperaturę pieczenia, co nie zawsze się zdarza, lecz zdarza się często, sprawujesz nad tym o wiele większą kontrolę niż w przypadku mniejszych grillów. I bez problemu pieczesz jednocześnie po jednej stronie kurczaka, po drugiej kalarepę, w środku szaszłyk jagnięcy, jak ci muzyka zagra.

M: Mnie muzyka gra na kaszankę.

T: Boże, z kim ja się zadaję!

M: Z polskim konsumentem. Którego trudno będzie odwieść od polskiego grilla, bo tu jest rzecz prosta: żadnych kombinacji z temperaturą, przenoszenia udka z 75 stopni do 150, bo i tak jakoś wyjdzie.

T: No właśnie, jakoś się uda. To Polska właśnie. Tymczasem grill ormiański wymaga rozwiązywania istotnych problemów, którymi nasz konsument nie chce właśnie. Tymczasem grill ormiański wymaga rozwiązywania istotnych problemów, którymi nasz konsument nie chce sobie głowy zawracać. To obsmażyć, tam zostawić krwiste, tu przypiec, tam odpuścić.

M: Masz rację, żadna patafizyka, a tylko głębokie wniknięcie w rzeczywistość. Bo choć jakoś wyjdzie, to, jak rozumiem, w wersji ormiańskiej jakoś wyjdzie lepiej. Jeszcze mam jedno pytanie zasadnicze: czy w wersji ormiańskiej mogą brać udział, podobnie jak w pracach naszego parlamentu, kobiety? To nie jest pytanie w temacie gender. To jest pytanie w temacie wygoda i lenistwo. Tylko nie powtarzaj nikomu.

T: Gładko przechodzisz z tematu na temat, nie ma co. Ale o kobietach za chwilę. Najpierw kaszanka.

M: Znać priorytety - to podstawa racjonalnego działania.

T: Konfucjusza cytujesz?

M: Nie, Lenina. To jednak bliżej Armenii. A bo co?

T: Bo pieczenie kaszanki na grillu wydaje mi się nieuzasadnione.

M: Czy ty chcesz pogrążyć w nędzy całą wakacyjną gastronomię, naszą małą, polską gastronomię?

T: Naszą wielką, rozbuchaną, wszechobecną, jakoś to będzie, wakacyjną gastronomię?

M: Tak, o niej mówię.

T: A ja ci odpowiadam - tak, chcę ją pogrążyć w nędzy, a raczej - zmusić do wysiłku. To samo chciałbym zrobić z polską piłką nożną, choć pogrążyć jej w nędzy jeszcze skrajniejszej chyba już się nie da.

M: Kaszanka, piłka nożna, kobiety - takie masz priorytety?

T: Tylko nikomu nie powtarzaj. Kaszankę kroimy na plastry i smażymy na maśle, żeby powstały chrupkie powierzchnie. Wtedy jest najlepsza, choć te najwyższej jakości najlepsze są na zimno. Piłkę nożną w wydaniu polskim zaliczamy do patafizyki. Przy ormiańskich grillach nie widziałem kobiet, przynajmniej takich bez brody i wąsów. O wygodzie i lenistwie marzą tylko ci, którzy nie lubią tego, co robią. Poniał?

M: Poniał.

T: Tiepier pakuszajem.

 

Wątróbka barania na szpadkach

500 gramów wątroby z młodego barana tniemy na kawałki wielkości trzech sporych kęsów i nabijamy na szpadki. Umieszczamy je na bardzo ciepłym, prawie gorącym odcinku grilla. Obracamy co kilka minut. Pieczenie potrwa około 20 minut. Wątroba nie może być surowa w środku ani nawet wyraźnie różowa. Podajemy z solą morską, pieprzem, chlebem i winem.

Pouprawiajmy sobie geopolitykę i zabierzmy na pole grillowe - nie mylić z minowym - wina gruzińskie. Trochę się będą z baraniną gryzły, trochę będą do niej pasowały, jak to bliscy sąsiedzi. Czyli: do wątróbki białe wytrawne Kisi Tisikari 2011 (ok. 36 zł) z Kachetii, ale też mogą być gruzińskie wina półwytrawne.

 

Szaszłyki baranie

  • 500 gramów udźca z młodego barana
  • 2 obrane kiwi
  • 2 posiekane cebule
  • kilka łyżek wody mineralnej+

Sposób przygotowania:

Z udźca młodego barana wycinamy kawałki wielkości trzech sporych kęsów, o kształcie przypominającym sześcian. Kiwi rozgniatamy na pulpę widelcem, mieszamy z cebulą i wodą mineralną, obtaczamy w tym mięso. Odstawiamy do lodówki na kilka godzin. Ocieramy bejcę i nabijamy mięso na szpadki. Pieczemy na średnio gorącym odcinku grilla, obracając często, przez 10-15 minut. Podajemy z mieszanymi sałatami, posypanymi owczym serem typu feta.

Do tego: wino gruzińskie czerwone wytrawne, najlepiej coś z odmiany saperavi, na przykład Kvareli Grusignac 2007 (36 zł). Pić, zanim ktoś wygłosi gruziński toast (średnia: 25 minut).