Marek: Jaja wyborne, Tadziu, i boczek najprzedniejszy, ale został mi kawałek grzanki. Nie masz czasem jakiej konfitury?
Tadeusz: Konfitury? Do śniadania?
M: A co w tym złego? Skończyć pięknie i ruszyć w dzień?
T: Wszystko, mój drogi, ze smakiem na czele.
M: Czemuż to?
T: Czy podałem śledzie, sałatkę majonezową i wódkę? Nie, podałem sadzone jaja kury zielononóżki, lekko ścięte na patelni i dokończone w piekarniku, boczek od Staszka Mądrego z Liszek, doprowadzony do idealnej chrupkości na patelni grillowej, oraz grzanki z chleba domowego wypieku, pociągnięte mazurskim masłem. A ty chciałbyś wspomnienie tych smaków zabić słodyczą konfitur, zamiast je wzbogacić o gorycz marmolady.
M: Biada mi!
T: Żebyś wiedział! Uwielbiam konfitury, ale wszystko w swoim czasie.
M: Czyli kiedy?
T: Na podwieczorek. A jeśli nie wytrzymasz tak długo - na drugie śniadanie.
M: To tak za godzinkę, prawda?
T: Nie, Puchatku, za osiem godzinek.
M: Biada mi po raz wtóry! Ale marmolada, przyznam, pyszna. Najprzedniejsza. Z Oksfordu zapewne?
T: Oksfordu nie poważam. Marmolada z gorzkich pomarańczy sewilskich jest specjałem szkockim. Jak głosi legenda, po raz pierwszy zrobiła ją żona hurtownika cukru, której trafiła się gratka w postaci ładunku takich właśnie pomarańczy ze statku przygnanego przez sztorm do portu w Dundee. O grubo krojonej skórce, nierzadko z dodatkiem whisky, podawana jest wyłącznie do śniadania.
M: Przemówił zatwardziały pedant. Stary kurant. A ja nie tak dawno w pociągu relacji Gliwice-Warszawa, w drodze powrotnej z jednego z najciekawszych miejsc winiarskich w Polsce zwanego Korek (sklep i restauracja w jednym), do porannej herbaty dostałem spodeczek wspaniałych konfitur z borówek. Po byle jakiej jajecznicy i przemysłowym chlebie z byle jakim masłem bylejakość herbaty nie dawała się we znaki właśnie dzięki tym konfiturom.
T: Morał z tego taki: nie wsiadaj do pociągu bez słoika konfitur. Mówię poważnie - moja koleżanka chodzi do ulubionej jadłodajni z własnym jajkiem na twardo, bo choć chłodnik dają tam pyszny, o jakość jajka nie dbają.
M: No cóż, znam pewnego Anglika z Kostaryki, obieżyświata, który podróżuje z własnym,
kostarykańskim pieprzem, bo inne nie są dość aromatyczne. Widziałem też w Warsie Francuzów, którzy przynieśli własny camembert. Najgorszy, przemysłowy, ale ich własny, mały krążek ojczystej Francji w dziczy Tanich Linii Kolejowych.
T: I popili go piwem bezalkoholowym?
M: Nie wiem, ze wstydu odwróciłem wzrok. Wróćmy jednak do konfitur.
T: Mowy nie ma, przed podwieczorkiem nie wydam!
M: Miałem na myśli kwestię: czym się różnią od marmolady? Musi to być coś nieprzekraczalnego, jak przepaść, skoro na sam dźwięk słowa ?konfitura? prezentujesz taki rygoryzm. Wychodzi z ciebie komisarz.
T: Bo jest się przy czym upierać. Nie chodzi o to, że wyspiarze są tak zafiksowani na porannej marmoladzie, tylko o przepaść, jak to słusznie ująłeś, dzielącą konfitury od dżemów, powideł i marmolad. Konfitury to najwyższa, najszlachetniejsza forma przetworów owocowych.
M: No widzisz, a ja je wszystkie ze sobą mylę i słabo odróżniam. A wszystkie właściwie lubię. Jak mówi bohater Woody'ego Allena, wszystkie moje orgazmy są w sam raz. Nawet ten najgorszy. Czuję jedynie pewną rezerwę wobec marmolady: na dźwięk tego słowa od razu widzę bryłę koloru ciemnego w metalowym wiaderku, które dociska ladę w sklepie Społem.
T: To było dawno temu.
M: Obsesje nie znają czasu. Ale obłaskawiłem już to przerażenie, przechadzając się po sklepach z rarytasami i widząc, że słowo to zdobi słoiczki hiszpańskie i angielskie, które wyglądają jak najbardziej apetycznie. Kupuję te słoiczki i, jakby powiedział Puchatek, im bardziej w nie zaglądam, tym bardziej ich zawartości nie ma.
T: Pożerasz je, aż ci się uszy trzęsą. Oba wielkie, po papie, jak wspominałeś miesiąc temu.
M: Ale konfitury... tak, tak jak mówisz, to forma
najszlachetniejsza. Ukryte słoiczki. Gdzieś w spiżarni. Czym byłaby spiżarnia bez konfitur? W "Pannach z Wilka" Wajdy odgrywają wielką rolę; i bardzo mocno mi się z tym filmem kojarzą. Widać je ledwie raz czy dwa, lecz czym byłby dom, ten dom, gdyby nie skrywał w spiżarni takich skarbów? Spiżarnia to podświadomość prawdziwego domu, a konfitury to najskrytsze pragnienia naszego kulinarnego libido.
T: Mówisz tak, jakbyśmy nic innego już nie mieli. Ale dla dobra sprawy wyjaśnię ci, dlaczego konfitury to najwyższa i najszlachetniejsza postać przetworów owocowych. Do ich wyrobu używa się owoców w całości, najlepszych, jakie mamy do dyspozycji, a nie byle czego, jak to czasem bywa w przypadku dżemu czy marmolady. Marmoladę, jak wspomniałeś, można rozgotować na masę, a potem zrobić z niej brunatną bryłę. Dżem potrafi być pyszny, lecz ten z supermarketu właściwie nie ma prawa być choćby przyzwoitym. Dżem i marmoladę robi się metodami przemysłowymi. Konfitury takimi metodami nie zrobisz. Również to stanowi o jej szlachetności.
M: Więc to tak jak w winiarstwie - wszystko zaczyna się od jakości owocu.
T: Dokładnie. I tak jak w winiarstwie proces przetworzenia owoców w końcowy produkt jest dziecinnie prosty. Diabeł tkwi w szczególikach, o których nasi przyjaciele z kręgów winiarskich piszą sążniste artykuły, a niekiedy całe książki. Drożdże, beczki i tak dalej.
M: Przecież nie robisz konfitur na drożdżach i nie trzymasz ich w beczce!
T: Ależ skąd! Mam na myśli to, że konfiturzystka zmierza do celu, czyli nieba w gębie, różnymi drogami, a różnice między tymi drogami z pozoru są minimalne. Posłużę się dygresją. Sto lat temu nie istniało pojęcie ?slow food? czy stylu życia ?slow?, bo cała Europa właśnie tak jadła i żyła. Teraz odkrywa się to od nowa, ale w wielu miejscach w Polsce ten "slow" nigdy nie zanikł. Bigos robi się przez tydzień lub dłużej, konfitury przez trzy dni, i basta! Szybciej jest źle i każda gospodyni to wie, podobnie jak każdy winiarz. A czy będziemy zdejmować szumowinę z bulgocącej konfitury łyżką drewnianą czy srebrną, to taki diabelski szczególik, o którym krytyk może później napisać sążnisty artykuł albo całą książkę.
M: Wreszcie rozumiem. Więc trzy dni spędzasz na robieniu konfitur! A jakiej używasz łyżki?
T: Sprytny ruch, Puchatku, ale nic z tego. I za karę konfitura będzie dopiero do kolacji.
M: Sadysta!
T: Że zboczeniec, to wiadomo, ale od razu sadysta? To nie są tradycyjne konfitury. Robi się je w pół godziny, a szumowinę zdejmuje łyżką ze stali nierdzewnej, bo plastikowa może się stopić. I nie trzeba tych konfitur trzymać w spiżarni przez pół roku, można zjeść nazajutrz albo nawet tego samego dnia, jak ostygną.
M: Zalatuje fast foodem.
T: Z pozoru. One są na ostro. Nie do herbaty i pogaczy, tylko do mięs.
M:
Więc jednak sadysta.
T: Jedna jest z dyni...
M: Nie znam nazwy medycznej tego zboczenia.
T: ... a druga ze śliwek.
M: Ach, grzeszniku!

 

Konfitura z dyni - deserowa i do mięs

Fot. Shutterstock.com / DUSAN ZIDAR

Konfitura z dyni deserowa i do mięs

 

Konfitura śliwkowa do mięs

Fot. Shutterstock.com / mash

Konfitura śliwkowa do mięs