Tadeusz: Dawno temu, w Chicago, poszedłem do tajskiej restauracji z dwoma kolegami z Polski. Jeden nich mieszkał w tym mieście od ładnych paru lat, drugi właśnie przyjechał. Zajadaliśmy się smakołykami: ten, co właśnie przyjechał, pierwszy raz w życiu wcinał takie pyszności, a ten drugi co rusz mówił: mielone z buraczkami! Albo: kiełbasa z kapustą! Albo: szczawiowa z jajkiem!
Marek: Właściwie dlaczego tak mówił?
T: Chyba dlatego, żeby uzmysłowić nowo przybyłemu, jak nędzna jest w porównaniu z tajską peerelowska kuchnia, zwłaszcza w wydaniu stołówkowo-barowo-mlecznym.
M: Chyba trochę nieładnie w taki sposób cokolwiek uzmysławiać?
T: Nie dość, że nieładnie, to bez sensu. Równie dobrze mógł wymieniać nazwy potraw węgierskich czy austriackich. Co ma piernik do wiatraka? Lecz kiedy
powiedział "szczawiowa z jajkiem", strasznie za nią zatęskniłem. A kolegę od tajskiej zapytałem tonem kibola: co, szczawiowej z jajkiem nie lubisz?
M: Odpowiem za siebie: przepadam za szczawiową z jajkiem. I wiernie kibicuję biało-czerwonym.

 

T: No, to masz w porządku. A ten kolega od tajskiej tylko wzruszył ramionami. Nie wiem, może nie tęsknił - w końcu mógł sobie w polskich jadłodajniach w Chicago wsuwać szczawiową na co dzień. Podczas gdy ja, mieszkając podówczas w Berkeley - w ogóle.
M: Dlaczego nie mogłeś jeść szczawiowej w Kalifornii?
T: Bo w sprzedaży nie było przecieru. I koniec.
M: A ze świeżego szczawiu zrobić zupkę nie łaska?
T: Świeżego też nie było.
M: Co za kraj! Trawka rośnie, a szczaw nie. Jak nasi rodacy tam wytrzymują?
T: Wiesz, nawet rodowici Amerykanie mają problemy. Inny mój kolega, z Zachodniego Wybrzeża, kompletnie uzależniony od kuchni tajskiej, dostał pracę na prowincjonalnej uczelni w Wirginii. W sklepiku na jednym końcu miasteczka mieli imbir, a w sklepiku na drugim końcu kolendrę. I tak kursował między jednym a drugim, aż zderzył się z koleżanką z wydziału, Polką. To znaczy, zderzyły się ich samochody. Okazało się, że robiła to samo, co on, bo tajskie smaki były bliskie również jej sercu. Wkrótce się pobrali.
M: Tadziu, to bardzo piękna, romantyczna historia, szkoda, że nie zostałeś w Kalifornii pisać scenariuszy dla Hollywood. Powiedz tylko, co to ma wspólnego ze szczawiową?
T: Prawie tyle, co sam szczaw. Czyli tyle, co nic. Bo szczaw świeży i młody ma smak rześki, raźny i wesoły, a przecier jest jak skwaśniały emeryt, wspominający jurne lata dojrzewania.
M: Te stracone okazje...
T: Dokładnie.
M: We Francji też nie mają przecieru. Za to szczaw świeży pojawia się tu i ówdzie, przeważnie w postaci sosów.

 

T: A u nas przecieru dostatek, za to świeżego - jak na lekarstwo.
M: Albowiem cały idzie na przecier.
T: I jaki to ma sens? Przecież z tego przecieru nic poza szczawiową nie zrobisz.
M: I wcale nie muszę. Bo mówię ci: przepadam za szczawiową i wiernie kibicuję biało-czerwonym. A co do Francji: słowo ?szczaw? w żargonie oznacza tam forsę. Jeden z filmów kryminalnych nosił tytuł "Bierz szczaw i spadaj".
T: To najlepszy użytek, jaki Francuz może zrobić ze szczawiu.
M: Nie byłbym pewien; Francuz bardzo ciekawie wykorzystuje tę roślinkę jako dodatek do różnych potraw. A my jesteśmy zafiksowani na punkcie zupy. Wiesz, co mi się najbardziej w naszym podejściu do szczawiu podoba?
T: Wiem.

 

M: To ci powiem. Ten zgrany debel. Nie możesz powiedzieć ?szczawiowa?, nie dodając mechanicznie ?z jajkiem?. Szczawiowa musi być z jajkiem. Takie połączenia porządkują świat i jestem im za to wdzięczny.
T: Ale to właśnie ono odstraszało nas od szczawiowej w dzieciństwie.
M: Nie, odstraszał raczej kolor. Małe szczawiki jakoś nie lubią jeść zielonego. Ani szpinaku, ani szczawiowej, ani młodej kapustki z koperkiem, ani oliwek, ani sałaty, ani mizerii. Nie wiem, jak jest z zielonym pesto i z awokado, bo za naszych dziecięcych czasów nie było. Oliwki zdarzały się od wielkiego dzwonu i nie mogłem się nadziwić, jak starzy mogą to przełknąć.
T: Ładna teoria kolorów, lecz, o ile dobrze pamiętam, dzieci w ogóle nie lubią jeść. Chyba że słodkie. A szczaw nasz - ladaco - kwaśniutki jest, trudno
przystępny.

 

M: Skoro tak o przecierze tu sobie gadamy, nie mogę nie wspomnieć o innych słoikach i butelkach. Na przykład tych z zakwasem na żurek. Jeszcze można takie napotkać, półlitrówki po czystej z zamglonym płynem w środku. Prawdziwa nasza specjalność, odzyskane szkło z pyszną obietnicą w środku.
T: Zaraz zaczniemy gadać o zupach, mamusi i rozmażemy się do końca. Wracajmy do szczawiu.
M: A umiesz go odfiksować w polskiej wyobraźni, oddzielić od zupy?
T: Spróbuję. Trzeba pójść na łąkę i zebrać naręcze szczawiu. Rankiem, zanim przyjdą miejscowi i cały zerwą dla zakładu produkującego przecier. Potem wystarczy go dodać do liści o innych smakach - sałaty, roszponki, rukoli. Wprowadzi do kompozycji ożywczą kwasowość. Wystarczy po kilka liści szczawiu na porcję. Z reszty można zrobić chłodnik. Szyjki rakowe w chłodniku ze szczawiu mają znacznie głębszy sens niż w tym z buraków.
M: Chcesz powiedzieć, że taki chłodnik podaje się bez jajka? Że nadejdzie dzień, w którym szczawiową będziemy odruchowo kojarzyć z szyjkami rakowymi?
T: Widzę, że w twojej wyobraźni niczego nie uda się odfiksować. No i nic dziwnego, wszak Francuzi też jedzą szczawiową z jajkiem.
M: Bzdura!
T: Ależ tak! Tylko nie jest to jajko na twardo. Zupę zagęszczają żółtkami i śmietaną.
M: To się nie liczy!

 

T: Dobrze, niech ci będzie. Zresztą taka zupa jest dość wytworna. W kuchni chłopskiej nie dodaje się żółtek, tylko ziemniaki. Jak się z takiej szczawiowej z ziemniakami zrobi purée, jest tak pyszne, że nawet na zimno można je pałaszować w dni upalne.
M: Szczawiowa z ziemniakami! Zmora dzieciństwa! Zły duch szkolnej stołówki!
T: Uzgodniliśmy już, że dzieci nie wiedzą, co dobre. Ale w tym przypadku biorę ich stronę. Nie dlatego, że jakiś potwór z chochlą wmusza w nie szczawiową z ziemniakami, tylko dlatego, że ta szczawiowa jest z przecieru. A przecier jest dla dorosłych.
M: Sądzisz, że dzieci lubiłyby zupę ze świeżego szczawiu?
T: Nie muszę sądzić, wiem to na pewno. Trzeba tylko złagodzić kwasowość szczawiu śmietaną i masłem, a zupka wejdzie jak złoto.
M: Dlaczego jak złoto?
T: Bo dzieci nie wiedzą, co dobre. Poza tym tak się zawsze mówiło.
M: Skąd wiesz, że zawsze?
T: Bo zawsze wiernie kibicowałem biało-czerwonym. Jasne?
M: Jasne, pełne, pasteryzowane, butelkowane w browarze. Więc przejdźmy już do strefy przepisów.