Marek: Obywatelu!
Tadeusz: No?
M: Do broni!
T: Chwilka, kawę piję.
M: A co do kawy? Co to za robaczek?
T: Grzeszek niewielki. Eklerka, jak widać.
M: Dobra chociaż?
T: Taka sobie.
M: Więc do broni!
T: Walczyć? O co?
M: O lepsze eklerki. Słuchaj, obywatelu, dokonała się Wielka Rewolucja Francuska. Czas pójść jej śladem.

 

T: Komu chcesz ścinać głowę? I to moimi rękoma?
M: Cukiernikom naszym. Całkowicie lekce sobie ważącym czekoladę. Posłuchaj. Wiesz przecież, mój drogi, że bywam w Paryżu od lat.
T: Niestety.
M: I te ich ciastka nigdy nie były za dobre. Kremiki, ciasto francuskie, tarty - ujdzie, ale przez długie lata żadnych większych emocji. Lecz oto w ostatniej, nie wiem, pięciolatce, rewolucja! Idę ja sobie ulicą, gdziem pięć lat temu pomieszkiwał, i ulicy nie poznaję. Niby wszystko to samo, księgarnia, sprzedawca ryb, Franprix, trzy cukiernio-piekarnie... Ale wpatruję się w nie i ich nie poznaję, witryny wypindrzone, wchodzę do jednej rogalika kupić, a tam: inny świat!


T: Kajzerki i bułki z makiem.
M: Głupi jesteś. Ciastka-dzieła sztuki. Co jedno, to piękniejsze. A co gorsza, co jedno, to smaczniejsze. No i co jedno, to droższe. Ale niech tam. Więc zachodzę w głowę, co się stało, co sprawiło, że ta pewna nijakość francuskich ciastek przemieniła się nagle w fajerwerk delicji? Dedukcja wskazuje, że najistotniejszą przyczyną jest to właśnie: docenienie dobrej czekolady. Która nie ma nic wspólnego z tym czarniawym paskiem na twojej eklerce. Gdziekolwiek byś w Paryżu poszedł, zobaczysz nowe sklepiki czekoladników; nowe cudeńka bez lecytyny sojowej; czekolada - prawdziwa - stała się modna i cukiernicy surfują na tej modzie, dostrajając do niej swoje wyroby. Dokończ wreszcie tę eklerkę i powiedz, czy chwycisz w związku z tym za kosę i zaczniesz biegać po warszawskich cukierniach, aby pociąć na drobne kawałki pseudoczekoladę na wszystkich wuzetkach.


T: Nie posądzaj mnie o rojalizm, ale za kosę nie chwycę. Czy ty sobie wyobrażasz smak wuzetki zrobionej z 70-procentowej czekolady, pochodzącej z takiej, na przykład, Dominikany?

M: Nie w każdym szczególe, ale na pewno byłby wspaniały. Dominikana!

T: Lecz, Marku, to już nie byłaby wuzetka.

 

M:Tylko co?
T: Jakiś francuski piesek. Wuzetka musi pozostać ciastkiem ze sztucznej śmietany i sztucznej czekolady, żeby nie sprzeniewierzyć się swojej nazwie, jak również naszej narodowej tradycji.
M: Naszej? Narodowej? Czyli właściwie jakiej?
T: Mam na myśli tradycję kulinarno-gastronomiczną, w której obaj się wychowaliśmy. Ciastko jest dobre, ponieważ jest słodkie, zaś subtelne między poszczególnymi ciastkami różnice zawdzięczamy różnorodności smakowej użytych do ich produkcji chemikaliów. Ja wiem, że kiedyś ciastka robiono z prawdziwego masła, śmietany, jaj i owoców prosto z sadu, ale nie nosiły one nazw takich jak wuzetka, ptyś czy bajadera.
M: Bajadera! Czy to w ogóle jeszcze istnieje? Och, oddałbym pół butelki najlepszego wina za bajaderę... Z czekoladową polewą z Dominikany.
T: Nawet pół kieliszka byłoby przesadną szczodrością. Z całego okresu dojrzewania nie pamiętam gorszego świństwa. Widziałeś kiedy w Paryżu bajaderę?
M: Chyba tylko w kabareciku przy placu Pigalle. Ale do rzeczy. Ciasta mamy w porządku, nie będę się czepiał, w mące jesteśmy bardzo mocni. Lecz to o ciastkach dziś mowa. Więc powiedz, dlaczego polscy cukiernicy - z małymi, pięknymi wyjątkami - tak cynicznie z nas kpią, wytwarzając te paraczekoladowe potworki, te erzace nie wiadomo z czego, zamiast zrobić porządny wypiek, z którego można być dumnym?


T: Bo mają wszystko policzone. I wcale z nas nie kpią. Darzą nas wielkim szacunkiem. Cukiernik znad Wisły, kiedy spogląda na tłumy idące Nowym Światem, nie myśli: oto frajerzy, którzy zapłacą każdą cenę, żebym ja mógł być dumny ze swoich wypieków. On myśli: tym ludziom potrzebne są smaczne, niedrogie ciastka, więc upiekę dla nich takie ciastka, ponieważ świadczę usługi dla ludności.
M: Dlaczego: dla nudności?
T: Słuchaj uchem, a nie brzuchem. Dla ludności.
M: Dobrze, więc dalej mówię brzuchem. Otóż w tych najlepszych, awangardowych czy tradycyjnych paryskich ciastkach w ogóle nie ma chemikaliów. Jest powrót do korzeni, wszystko prawdziwe i naturalne, składniki najwyższej jakości. Dlaczego to, co naturalne, jest dla nas, nad Wisłą, tak trudno dostępne?
T: A dlaczego w Paryżu nie ma Pałacu Kultury?
M: Zamów mi też eklerkę, poddaję się. Albo tego ptysia. Napoleonki nie.
T: Jedz, kochany, jedz, chemikalia mają korzystny wpływ na słuch i giętkość języka. A ja w tym czasie wszystko podliczę, bo już zjadłem. I wychodzi, że na taką eklerkę z naturalnych składników najwyższej jakości wydać trzeba dwa złote. To znaczy, taki jest jednostkowy koszt produkcji, nie licząc prądu, robocizny i tym podobnych. Wprawdzie za te sztuczne, czyli tradycyjnie autentyczne eklerki, zapłaciliśmy po dziewięć złotych, ale pewnie cukiernik płaci wysoki czynsz, w końcu Grochów to seksowna dzielnica. Zresztą kto wie, czy chemikalia nie są teraz droższe od naturalnych produktów, ostatnio cena ropy naftowej po prostu wariuje.


M: Myślisz, że na tym polega różnica? Tam naturalnie, a u nas chemicznie? Mnie się wydaje, że raczej chodzi o wyobraźnię i wysiłek. Czytałem książkę o dawnych francuskich czasach, o wojnach między Francuzami i Anglikami w XV wieku. Autor pisze zjadliwie: "Anglicy żarli jeszcze surową rzepę, gdy Francuzi zastanawiali się już, ile pieprzu dosypać do zupy cebulowej". Czy zatem wciąż mamy do Francuzów, jak wtedy Anglicy, podobne cywilizacyjne opóźnienie? Tam jedzą ciastka z czekoladą dominikańską, a my wcinamy wyrób mniej lub bardziej czekoladopodobny? Bo cukiernicy francuscy zrozumieli, że trzeba się wysilić, pójść wyżej?
T: Wiesz, to jednak także kwestia dostępności produktów, ich cen. Francuzowi łatwiej.
M: E tam, ziarno czekoladowe sprowadzić nietrudno.
Nawet te torciki czekoladowe i podobne, które nazywają u nas węgierskimi (jak dodadzą wiśni) albo angielskimi (jak kawałek pomarańczy), kiedyś biły na głowę torciki francuskie, a teraz widzę, że odpadają w przedbiegach.
T: Zostaw już tę czekoladę w spokoju. Do licha, ciastko przecież wcale nie musi stać czekoladą.
M: Czekolada jest trendy. Ja jestem trendy. Ty nie
lubisz czekolady tak bardzo jak ja i nie jesteś trendy. Nawet ta gazeta, którą wziąłeś sobie do kawy, nie
jest już trendy. Nie mówiąc o krawacie. Do brązowej marynarki powinien być czekoladowy krawat.


T: Czuję, że nie pójdziesz ze mną na następną stronę.
M: A co tam jest?
T: Przepisy na ciastka bez czekolady. Prawdziwe, jak drzewiej bywało. Domowe, nie z cukierni. Truskawki, czereśnie, to, co w Polsce z ciastkami łączy się najlepiej. Bo my tak mamy. Żegnaj zatem.
M: Tadziu, nie zostawiaj mnie tu samego i bez deseru!
T: Au revoir, obywatelu.
M: Na boga, idę z tobą!
T: A zjesz wszystko?
M: Wyliżę talerzyk. Tak z francuska.

 

Przepisy Tadeusza Pióro


ZOBACZ WIĘCEJ PRZEPISÓW TADEUSZA PIÓRO