Pamiętam realia piłkarskiej Polski lat 50/60. Uważano wtedy (a nawet później), że ciężko pracujący mężczyzna musi zjeść dobrze i obficie, a boisko jest przecież miejscem fizycznej mitręgi. Toteż ideałem przedmeczowego posiłku był - po zupie - kopiasty talerz z furą ziemniaków, łychą zasmażanej kapusty i okazałym kotletem wieprzowym. W ramach tzw. dożywiania piłkarze dostawali podwójne porcje. Zje dużo i tłusto, to będzie miał więcej siły; oto kanon żywieniowy sportowego, i nie tylko zresztą, PRL-u.


Ryb niemal nie jadano, gdyż były rzadko dostępne i w hierarchii stały nieskończenie niżej niż schabowy, ich świeżość reglamentowała zaś wszechmocna Centrala Rybna. Sceptycyzm narodu w tej kwestii wyrażało znane powiedzonko: ?Jedzcie dorsze, g... gorsze?.


Pijano też dużo i często, zwykle ohydną wódkę i ciepławe piwo, wino to nie był poważany trunek. Działacze i trenerzy próbowali z tą plagą walczyć. Kiedyś Górnik Zabrze jechał pociągiem na mecz, bodaj do Szczecina. Ernest Pohl i Edmund ?Epi? Kowal siedli w wagonie restauracyjnym, bacznie obserwowani przez czujnego działacza. Pohl zamówił pomidorową. - Nie lubię tomatowej - skrzywił się Kowal. - Epi, spróbuj, to bardzo dobra tomatowa zupa - przekonywał Pohl. Kowal mlasnął i rozpromienił się: - A wiesz, że naprawdę dobra. Zblatowany kelner dyskretnie wlał do wazy ćwiartkę czystej. Zbrodnia doskonała.


Oczywiście, bywali piłkarze prowadzący się nienagannie, niebrzydzący się sałatkami warzywnymi i owocami. Należeli jednak do mniejszości. Poza tym nadmierna asceza miewała skutki uboczne. Zygfryd Szołtysik z ubolewaniem wspominał, że przedmeczowa wstrzemięźliwość seksualna zrujnowała mu małżeństwo.


Na Zachodzie wyżywienie piłkarzy zazwyczaj pokrywało się z lokalną kulturą kulinarną. W krajach romańskich pijano wino, w Niemczech, Czechach lub Alzacji piwo, nikt się temu nie dziwił. Włosi, Hiszpanie, w ogóle Latynosi - częściej jadali ryby, owoce morza oraz ryż i makarony, polewając to oliwą. I nawet nie dociekali, jakie to dobroczynne produkty.


W latach 40. idolem Argentyny był José Manuel Moreno, gracz tyleż genialny, ile niesubordynowany, bożyszcze kobiet, wielbiciel rozkoszy łoża i stołu. Po szalonej nocy pochłaniał w restauracji dwa kurczaki albo ogromne asado, popijał to dwiema-trzema butelkami vino tinto i rano, po deserze i kawie udawał się na stadion, gdzie grał jak młody bóg. Władze klubowe usiłowały go zdyscyplinować. Przez tydzień Moreno kładł się spać przed północą, a rano pił szklankę mleka. Po czym na boisku snuł się jak cień. Machnięto nań ręką, Moreno wrócił do knajpy i znów czarował trybuny.


Nie stawiam go za wzór futbolowej młodzieży. Próbuję tylko pokazać wielość kulinarnych praktyk i obyczajów oraz uzmysłowić, jak nieokiełznany bywa piłkarski żywioł. Smacznego!