Styczeń, podobnie jak listopad, jest dla mnie okresem największej chandry. Święta przeminęły, co prawda jest karnawał, ale ja mało tańczę, na przeceny nie chodzę; miesiąc nigdy się nie kończy, jest mi zimno i smutno.

W takich chwilach bardzo pomaga dobra zupa. Prawda jest taka, że (szczególnie w zimie) mogłabym żywić się wyłącznie zupami, przegryzając chlebem posmarowanym masłem lub zanurzonym w świeżej oliwie.

Kiedy byłam mała, w naszym domu we Florencji podawano na kolację zupę z brązowej soczewicy z ryżem. Czasami z kawałeczkami podsmażonego wędzonego boczku, czasami bez. Zupa była ciężka, pożywna i rozgrzewająca - szło się potem spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Inną zupą na zimowe wieczory była orkiszowa z czerwoną fasolą. Z połączenia obu tych zup powstała moja warszawska wersja - z brązowej soczewicy, do której, zamiast ryżu, dodaję zielony orkisz, czyli niedojrzałe ziarna orkiszu (Triticum spelta) o ciekawym posmaku orzechowym. Bardzo polecam - orkisz można kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Jeśli gotuje się go osobno, potrzebuje mniej więcej tyle czasu, co brązowy ryż (45-50 minut), a dodany do zupy nie rozgotowuje się.

Nigdy nie ukrywałam, że gotując, bardzo często inspiruję się przepisami przeczytanymi w różnych czasopismach, na przykład podczas jazdy pociągiem czy w poczekalni u lekarza. Gazetowe przepisy traktuję nieco inaczej niż te z książek. Nie, żeby były mniej poważne czy jakieś gorsze, absolutnie nie o to chodzi! Jednak jest w nich coś, co pozwala mi na większą wolność.

Przepis wpada mi przez oczy do głowy, gdzie zostaje, dopóki nie przestanę "przeżuwać" go w myślach. Niekoniecznie musi mieć piękne zdjęcie, przeciwnie, niekiedy brak ilustracji sprawia, że lepiej działa wyobraźnia. Czasami więc coś do takiej receptury dodaję, czasami odejmuję, bywa i tak, że robię wszystko krok po kroku, dokładnie wykonując polecenia z czasopisma.

Z przepisem na minestrone z ciecierzycy było tak: natknęłam się na niego przypadkiem podczas okresu przymusowego odpoczynku. Zupa mi się podobała, po pierwsze dlatego, że uwielbiam ciecierzycę, po drugie wydało mi się, że pomysł połączenia świeżego szpinaku z włoską kapustą może być niegłupi. Dodałam do oryginalnej receptury marchewkę, czosnek i (uwaga!) 2 łyżeczki słodkiej wędzonej papryki. Wyszło nieźle.

W latach 80., zaraz po przyjeździe do Warszawy, uczyłam się polskiego, czytając w sobotnim "Życiu Warszawy" felietony Marka Przybylika pt. "Dzień targowy". Dziś Marek jest moim przyjacielem i zaopatruje mnie w buraki z własnej działki, a ostatnio też w brukiew, bo bardzo prosiłam.

Ponoć w Polsce brukiew źle się kojarzy, ale proszę mi wierzyć - to warzywo genialne, acz wymagające czasu i uwagi. Po paru próbach udało mi się wypracować zupę krem z różnych korzeni i bulw, gdzie brukiew gra ważną rolę. Inny pomysł na zupę z brukwi wzięłam z angielskiej książki kucharskiej: "1/2 kilo brukwi gotować w wodzie z sześcioma ząbkami czosnku i łyżeczką cukru do miękkości. Dodać 20 dag żurawin, zmiksować, doprawić solą i pieprzem, podawać ze śmietaną". Jak nie ma świeżych żurawin, biorę sok, naturalnie bez cukru i konserwantów. Chyba jakoś przetrwam do końca miesiąca.

Tessa Capponi-Borawska: urodziła się we Florencji. Od 25 lat mieszka w Polsce. Wykłada dzieje Włoch i historię włoskiej kuchni na Uniwersytecie Warszawskim. Uwielbia jeść to, co przyrządzą inni, gotować dla rodziny i przyjaciół oraz słuchać muzyki barokowej i (czasem) myśleć o sensie istnienia.

WIĘCEJ PRZEPISÓW NA ZUPY TESSY CAPONI BORAWSKIEJ W NAJNOWSZYM WYDANIU MAGAZYNU KUCHNIA. W KIOSKACH OD 22 GRUDNIA >>