Z wielkomarkowymi torbami było dosyć prosto. Kiedy przyjeżdżały z Turcji lub Tunezji, to mimo napisów YSL lub LVHM, na kilometr widać było, że nic z prestiżowymi firmami nie mają wspólnego (no, nic oprócz nazwy). Te chińskie natomiast wyglądały o wiele lepiej, a nawet wręcz dobrze. Do tego stopnia, że pewna bliska mi młoda osoba sprowadzała je przez internet do Paryża i sprzedawała za duże pieniądze, ale wciąż o wiele, wiele taniej niż sklepy firmowe. A gdy potencjalne klientki chciały dowodów pochodzenia towaru, nie wahała się iść z nimi do ekskluzywnego butiku, gdzie bez problemu potwierdzano autentyczność wyrobu.

Chińczycy rozpoczęli podrabianie królewskiej porcelany już dwa tysiące lat temu, nic więc dziwnego, że mieli czas, by dojść do pewnej wprawy w produkcji falsyfikatów. Starożytni Grecy podrabiali rzeźby egipskie, Egipcjanie greckie, a Rzymianie i greckie, i egipskie. Michał Anioł karierę rozpoczął od wyrzeźbienia "antycznego" Kupidyna, którego sprzedano jako wykopalisko.

Od niepamiętnych czasów fałszuje się praktycznie wszystko, co da się sprzedać. Według Światowej Organizacji Ceł, obroty bezprawnymi kopiami, podróbkami i innymi fałszywkami przekraczają 500 miliardów dolarów i stanowią 7% światowego handlu. Ostatnio Francją poruszyła wiadomość o podrabianiu wina z najbardziej prestiżowych winnic Bordeaux i Burgundii. Fałszerze przyklejają do butelek zręczne fotokopie wspaniałych etykietek, czasem flakon jest prawdziwy, ale jego zawartość całkiem nie ta.

Francuscy eksperci twierdzą, że te szwindle rozgrywają się daleko od Francji, że ich sprawcami są Chińczycy i Rosjanie, korzystający z popytu na luksus wśród nowo wzbogaconych rodaków. Przyznają jednak, że takie podróbki trafiają się również na licytacjach w Paryżu. Przemilczają natomiast wstydliwie, że najwięcej afer z fałszowaniem wina wybucha w Bordeaux właśnie, gdy co jakiś czas wychodzi na jaw, że właściciele doprawiają swe boskie nektary alpagami niewiadomego pochodzenia. Jeden z nich bronił się rozbrajająco: - Musiałem dolewać wina stołowego, żeby poprawić jakość rocznika, który w naszym regionie był kiepski.

Bimber, który prawnie uznać można za podróbkę wódki, też przechodzi najróżniejsze operacje w celu zapewnienia odpowiedniego smaku klientowi i odpowiedniego dochodu pędzącemu. Pamiętam, jak narzekał pan Rygorcewicz, gdy pod papierosa piliśmy krzakówkę. - U nas na Litwie - mówił - też rozwadniali, ale dla wzmocnienia smaku dodawali tylko kupek kurzych. Uczciwie. A tu, w Kongresówce, nieuczciwi złodzieje dosypują karbidu, igrając ze zdrowiem ludzkim.

Stare to były czasy, przedekologiczne i przedeuropejskie. Nowa epoka tworzy nowe wyzwania. Choćby dla góralek sprzedających na ulicy oscypki. Gaździnom obecnie grozi za to grzywna i więzienie. Nie tylko za brak pozwolenia na handel. Od czasu, gdy Unia uznała perłę Tatr za produkt o chronionej nazwie pochodzenia, oscypek, by zwać się oscypkiem, podlega ostrej reglamentacji - i po to, by go produkować i sprzedawać trzeba mieć certyfikat. Certyfikat oznacza biurokrację, a biurokracja konieczność posiadania pleców zwanych również chodami. Wynik jest taki, że w różnych sklepach naliczyłem pół tuzina nazw, pod którymi występują oscypki. Za to te, którym udało się zachować stare imię, karkołomnie pomnożyły cenę. Niech żyje autentyczność!

Ludwik Lewin

dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr