W XVIII wieku celnicy zatrzymali na Wiśle dwóch Żydów z Szydłowa. Okazało się, że przemycali śliwki. Wyszperał tę informację w starych archiwach pan Dariusz Kalina, p.o. dyrektora Narodowego Instytutu Dziedzictwa w Kielcach. Nasuwa się refleksja, że tempora mutantur, czyli czasy się zmieniają. Dziś możemy wszystko przewozić przez granicę, nawet portugalską, i nikt nas nie zatrzyma. A wtedy - była to granica między zaborem rosyjskim a austriackim - towar podlegał kontroli.

Po tym wstępie historycznym powróćmy do współczesnej Europy, której Szydłów jest integralną częścią. Nie uciekniemy przecież przed historią, która nierozłącznie plącze się ze współczesnością, zarówno w Szydłowie, jak i w Europie.

Historycznie wielkość europejskiego Szydłowa poświadczają zachowane do dziś mury Kazimierza Wielkiego i postawiona w tym samym czasie Brama Krakowska. Te fortyfikacje powodują, że Szydłów zwie się polskim Carcassonne i choć zwie się tak głównie w Szydłowie, to prawdą jest, że sylwetki dwóch obronnych grodów - tego z Langwedocji i tego z Pogórza Szydłowskiego - mają jakieś rodzinne podobieństwo.

Współczesna europejskość Szydłowa ucieleśnia się w śliwkach, a to dlatego że wierna historii i tradycji Unia Europejska nazwie "śliwka szydłowska" nadała Chronione Oznaczenie Geograficzne, co powinno bardzo pomóc sadownikom szydłowskim w popularyzacji ich produktów. Produktów, bo oznakę europejską mają nie owoce wiszące na drzewie, ale śliwki suszone i wędzone. Nie brak oczywiście i świeżych - gmina Szydłów to największe polskie zagłębie śliwkowe: co dziesiąta krajowa śliwka stamtąd właśnie pochodzi.

Zarówno suszenie i wędzenie śliwek, jak i pędzenie śliwowicy, wielkiej, choć nie do końca oficjalnej, specjalności Szydłowa, jest podobno dziedzictwem żydowskiej historii grodu. Ciekawe, czy zatrzymani przez celników Żydzi owoce na okowitę wieźli.

Nie potrafię odpowiedzieć, ale wiem, że Jan Klamczyński, nadzwyczaj dynamiczny i - jak się wydaje - równie skuteczny wójt Szydłowa, marzy, by oprócz murów i renesansowej synagogi atrakcją grodu stały się szydłowskie specjalności. Jeśli chodzi o śliwowicę, to liczy na to, że podobnie jak w niektórych krajach unijnych w Polsce będzie można legalnie przemieniać owoce w krzakówkę - jako że to tradycyjny wyrób lokalny. Chciałby też, by gorzałka była koszerna i paschalna, czyli z pieczęcią rabinatu. Na razie namawia miejscowe restauracje, by wprowadziły do jadłospisu śliwkowe specjalności. A jest ich co niemiara. Najbardziej tradycyjna to pewnie kasza ze śliwkami, jaglana albo jęczmienna. Niby nic, trochę kaszy, trochę śliwek, a po prostu pycha.

Potraw z europejsko-szydłowską śliwką widzę mnóstwo. Na przystawkę można ją zawinąć w boczek, już nie wędzony, bo dymny aromat daje sam owoc, podgrzać w piecu i zapychać się... No bez przesady, bo przyj-dą następne dania, choćby schab karkowy ze śliwkami, a może faszerowana nimi pieczeń indycza. Wspaniały jest kompot wieloowocowy, w którym dominuje śliwka szydłowska. Dobrze pasuje do popicia śliwowicy, a nawet szkockiej "asfaltowej" whisky z Islay. Wyobrażam sobie też szydłowskie powidła, z finezyjnie wędzoną nutą, czuję, że podbiją Europę i sprzedawać się będą nawet w dalekiej Portugalii. I żadni celnicy nie powstrzymają tej ekspansji.

Ludwik Lewin

dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr