Najpierw montujemy solidne ściany, potem drzwiczki, kształtne okiennice, na końcu dwuspadowy dach z kominem. Jeszcze choinka, no i trochę lukrowych zasp, bo to przecież środek zimy. Wygląda jak domek dla lalek, a z tea lightem wewnątrz sprawdza się jako aromatyczny świecznik. Krój domku nie zmienia się od kilku lat, odkąd Marcin Goetz, były dziennikarz z Jeleniej Góry, postanowił schować do kieszeni radiowe ambicje. Skończył z dziennikarstwem, zaczął organizować dla firm wyprawy do Kotliny Jeleniogórskiej. Pewnego razu menedżer jednej z firm zauważył u niego domek z piernika...


- Wspólnie ze znajomymi bawiliśmy się zawsze przed świętami w budowanie takich domków. Dla rodziny, dla znajomych - wspomina Marcin.
Menedżer dużej firmy elektronicznej zamówił u niego czterysta chatek, na świąteczne prezenty dla swoich pracowników. Były radiowiec lepił je sam przez miesiąc, od rana do wieczora: własnoręcznie zagniatał ciasto, kroił elementy, wypiekał, łączył lukrem, pakował w kartony. - Od tych domków zaczęło się regularne ?pierniczenie? - opowiada.


Dziś piecze płaskie serca, misie, dzwonki, anioły, przestrzenne zaprzęgi świętego Mikołaja z reniferem i saniami pełnymi prezentów, piernikowe chatki: gotowe albo do złożenia samemu z upieczonych elementów. Oprócz piernikowego kanonu realizuje także nietypowe zlecenia od firm: zdarzały się słuchawki prysznicowe, lukrowany zderzak kolejowy, miniatura pieca centralnego ogrzewania, koło z wizerunkiem świdnickiego Kościoła Pokoju. Wszystko jadalne, pachnące, do kupienia przez internet, w sklepie Skarbiec Ducha Gór w Karpaczu, na lokalnych jarmarkach, na kiermaszu adwentowym w pobliskim pałacu w Łomnicy.


PRZEPIS NA ŚWIĄTECZNE PIERNICZKI

 

- Traktuję ciasto jak materiał plastyczny, który daje mnóstwo możliwości. Sekret piernika, jego smakowitość i aromat tkwi w dobrym miodzie i odpowiednich przyprawach - podkreśla Marcin. W swoim przepisie używa gałki muszkatołowej, cynamonu, imbiru, kolendry, goździków, kardamonu, anyżu, ziela angielskiego, kakao i dużej ilości pieprzu. Stąd zresztą nazwa ?piernik? - od pierny, czyli pieprzny. Miód bierze od znajomego pszczelarza z Kotliny Jeleniogórskiej, wyłącznie gryczany, bo daje wyrazisty zapach, smak i kolor. Dla alergików Marcin robi specjalne ciasto na zamówienie - na przykład z mąki orkiszowej.


Kiedyś zagniatał je ręcznie, dziś ma tyle zleceń, że pomaga sobie elektrycznym mieszadłem. Wyrobione ciasto leżakuje w lodówce co najmniej przez tydzień. - Smaki muszą się przeniknąć, nabrać mocy. Znajoma trzymała surowe ciasto przez rok, potem upiekła i nadal było dobre. Po leżakowaniu trzeba je ponownie wyrobić i skropić wódką, która rozluźnia ciasto, tak jak i ludzi - uśmiech. - Najlepiej krupnikiem, żołądkową gorzką - opowiada piernikarz. Wałkuje, wykrawa kształty, piecze kilka minut. Po upieczeniu ciastka są twarde: można je moczyć w gorącej kawie, herbacie albo zamknąć w puszce z przekrojonym jabłkiem - odda ciastkom wilgoć, a one przejmą aromat owocu.


Lukrowanie to specjalność Agnieszki Konobrockiej i Basi Milewskiej, które współpracują z Marcinem. Białka jaj (jaja naświetlane są w sterylizatorze, bo używa się surowych) mieszają z cukrem pudrem i sokiem z cytryny, który przełamuje słodycz i daje idealną biel. Marcin używa tylko białego lukru, nie chce dodawać syntetycznych barwników.
- Lukrowe wzory to kicz, który tutaj jest uzasadniony, piernik musi być po prostu ładny. Nie aspirujemy do sztuki, raczej odwołujemy się do tradycji - mówi piernikarz. - Na Dolnym Śląsku pierniki wypiekano od średniowiecza. Towarzyszyły ważnym wydarzeniom, takim jak chrzciny czy ślub. Kupowano je na odpustach jako podarunek, obdarowywano się wzajemnie podczas Bożego Narodzenia. Ze względu na wysokie ceny przypraw i miodu długo były wyrobem elitarnym. Słynęły z nich m.in. klasztory, zwłaszcza w miejscowościach odpustowych, dokąd tłumnie ściągali pielgrzymi. W Europie najbardziej znane były pierniki z Norymbergi i Torunia, ale i nasz Śląsk ma solidne tradycje - dodaje.


Drewniane formy do ciastek misternie rzeźbiono, sięgając po różne motywy: niemowlęta, kołyski, weselne karety, kosze (pusty to niechęć, pełen kwiatów - przychylność), strojne damy, kominiarze jako symbol szczęścia, zwierzęta, owoce, godła cechów piekarskich.
Marcin ma tylko jedną formę z lipowego drewna, z wizerunkiem świętego Mikołaja z choinką. - Piernik z formy jest wyłącznie dekoracją. Nie dodaje się do niego spulchniaczy, bo powinien być płaski, więc jest bardzo twardy. Jednak coraz częściej się zastanawiam, czy nie wypiekać i takich pierników.


Na razie jednak Marcin poprzestaje na pieczeniu wykrawanych ciastek oraz chleba. Żytniego na zakwasie. Najpierw robił go tylko dla rodziny, potem także dla znajomych, a jeszcze potem dla turystów. Teraz piecze już 40 bochenków tygodniowo. Przez cały rok, z wyjątkiem listopada i grudnia, bo wówczas jest najwięcej piernikowych zamówień i w Słodkiej Chatce praca wre. Mała piekarnia Marcina zajmuje parter stuletniej stodoły w Trzcińsku pod Jelenią Górą. Odnowił ją i efektownie przeszklił - szklana ściana otwiera się wprost na pasmo Rudaw Janowickich. Marcin z rodziną mieszka na górze. Na dole pracuje: wałkuje ciasto na granitowym stole, kroi, wypieka.


- Lubię wymyślać kształty, dekoracje, lubię to nieustanne tworzenie - mówi Marcin i pokazuje mi wyciągniętą z pieca blachę z misiami. To kształt o specjalnym znaczeniu, bo zainspirował do zabawy słowem i zabawy w kuchni. Pod hasłem ?Chce mi się? Marcin zaprasza na warsztaty dzieci i dorosłych. Przy długim stole siada ponad dwadzieścia osób, dostają torebki z lukrem i pierniki, które zdobią wedle (nomen omen) widzimisię.
- Chciałbym, żeby piernik stał się całorocznym prezentem, nie kojarzył się tylko ze świętami - mówi gospodarz, zdejmując z blaszki gorące pachnące ciastka.