"Spiżarnia" jest na rynku dopiero od pięciu lat, ale na tyle wrosła w krajobraz delikatesów, że człowiek, buszując między półkami, myśli sobie, że zna to logo od zawsze. Jakieś przyjazne, domowe, znajome. Takie zresztą są i smaki przetworów, i innych smakołyków zamkniętych w Spiżarnianych opakowaniach. Zawiesiste, pachnące, niefiltrowane miody (rewelacyjne gryczany i rzepakowy), konfitury zwykłe i z dodatkami (kwaśno-słodka pigwowa, poziomkowa albo z płatków róży), nieklarowane soki oraz nektary z naturalnym osadem, syropy owocowe. Wyjątkowe są powidła węgierkowe - długo smażone, z kawałkami skórek. Pyszne, a w środku same śliwki! Brzmi dziwnie? Otóż w większości przemysłowo produkowanych powideł powszechnym "zapychaczem" są tańsze jabłka. U pani Beaty nie ma oszukiwania. Ostatnio pojawiły się ręcznie robione ciasteczka na prawdziwym maśle. Świetne do pochrupania. Nie brakuje w Spiżarni również wytrawnych smakołyków. Jest na przykład świeżo tarty, naturalnie zakwaszany chrzan. Nie znajdziecie tu żadnych polepszaczy, mleka w proszku ani innych podejrzanych dodatków. Są buraki i ogórki w różnych postaciach, pachnący żur, bardzo intensywny w smaku gęsty przecier pomidorowy. No i fantastyczne musztardy: z zielonym pieprzem, miodem albo calvadosem i jabłkami, a także delikatna gdańska i wyrazista kaszubska.

Nie ma w tym żadnej wielkiej filozofii. Beata Martynowska od początku wiedziała, że musi wyszukać najlepszych, uczciwych, oddanych producentów. Znalazła takich, którzy nie tylko wytwarzają smaczne jedzenie, ale też nie mieli nigdy możliwości, by sprzedawać je na szerszą skalę. To zwykle małe rodzinne firmy, które korzystają ze sprawdzonych, tradycyjnych receptur. Spiżarnia wzięła więc na siebie ciężar marketingu, dystrybucji i dotarcia do konsumentów. - Najważniejsze jest dla mnie, aby firmowane przeze mnie produkty były smaczne - mówi właścicielka. - A że przy okazji są zdrowe, cieszę się tym bardziej. Widać również, że pani Beata ceni sobie prostotę. Wystarczy zerknąć na etykietę jakiegokolwiek jej produktu - znajdziemy tam zaledwie kilka składników. Bez wyszukanych dodatków, bez niezrozumiałych opisów.

Właścicielka tłumaczy swój sukces tym, że ludzie kojarzą jedzenie z nostalgiczną podróżą do czasów dzieciństwa. Coraz częściej omijają także supermarkety i zaopatrują się w lepszych delikatesach i specjalistycznych sklepach. Powoli zaczynają doceniać nawet droższe, ale uczciwie zrobione produkty. - Bo skoro raz przejechali się rolls-royce'em, nie bardzo mają ochotę wracać do poloneza, który jest wszędzie, i to nawet "w promocyjnej cenie". Tylko po co się z nim męczyć? - zauważa pani Beata. Miło usłyszeć, że zdarzają się klienci, którzy osobiście dzwonią do niej (numer jest na każdej etykiecie), aby powiedzieć, że smakowało, i podziękować.