Jak wszędzie, tak i w cukierni potrzeba jest matką wynalazku. - To był czas, kiedy dużo się mówiło o ciastku Zygmuntówka - nowym cukierniczym symbolu Warszawy. No i u mnie stoi kolejka, a jakiś klient mówi: "Wstyd, Warszawa ma swoją zygmuntówkę, a my?" - opowiada Andrzej Starowicz, właściciel cukierni. - Myślę sobie, co tu zrobić? Ludzie patrzą... Biegnę na zaplecze, akurat miałem gotowych kilka kremów, i ze swoim współpracownikiem robię na szybko ciastko: Dzwon Zygmunta. Czekolada, wiśnie i bita śmietana! Przygotowany naprędce łakoć zaniesiono klientowi, zaś w kolejce rozległ się szmer podziwu. Traf chciał, że stał w niej również pewien dziennikarz. Następnego dnia poprosił o przygotowanie kilku takich samych dzwonów. Gdy krakowianie się o nich zwiedzieli, zaczęli próbować i pokochali. Dziś dzwon należy do najpopularniejszych ciastek tej cukierni. Spód to beza robiona na miodzie. Do tego krem czekoladowy - na wiejskich jajach ubijanych na parze, z odrobiną masła (do swoich wyrobów pan Starowicz używa wyłącznie masła). Wewnątrz dzwonu jest - jak mówi twórca - "silne serce", czyli wiśnia moczona w miodzie i spirytusie. Wszystko przykrywa bita śmietana, obsypana prażonymi wiórkami migdałowymi. Specjalnością zakładu są właśnie lekkie kremy na prawdziwych jajkach. - Ubijamy jaja bardzo mocno, od tego bowiem zależy, czy krem będzie udany. Potem dodajemy utarte masło. Tylko tyle, ile jest konieczne. I jeszcze cukier - również nie więcej niż trzeba, choć nasze wyroby są dość słodkie. Jak to mówię klientom, mamy ciastka bez mąki, mamy bez masła, ale bez cukru w cukierni? Nie można! - śmieje się Starowicz.

Cukiernia pod łakomym aniołem

Jakość wyrobów cukierni na Stradomiu docenili i mieszkańcy, i krytycy. W corocznych rankingach na najlepsze wyroby cukiernicze Starowicz ciągle jest w czołówce. W 2010 r. cukiernia wygrała konkurs na najlepsze pączki w mieście, organizowany od lat przez "Gazetę Wyborczą", podobnie zresztą jak i inny ranking - "Gazety Krakowskiej" na najlepsze lody w Krakowie. Te lody właśnie to fundament działania cukierni. Założona w 1951 r. przez rodziców Andrzeja Starowicza, na początku zajmowała się wyrobem karmelków. - Mama miała głowę do biznesu, tato miał innowacyjne pomysły. Wymyślił na przykład "cukierki strzępione", czyli pakowane w kolorowe celofaniki z postrzępionymi zakończeniami. Klienci je uwielbiali. Rodzice produkowali też słynne pingwinki, czyli lody na patyku. Te lody znali wszyscy kibice na stadionach i bywalcy festynów. Lody do dziś wyrabia się u Starowicza domową metodą. Bez chemii. Borówkowe - z prawdziwymi borówkami (czyli po niekrakowsku - czarnymi jagodami), bakaliowe - pełne orzechów i rodzynek, waniliowe - z widocznymi ziarenkami wanilii, i kawowe - bardzo esencjonalne. Wszystko na prawdziwym mleku i wiejskich jajach. Tylko naturalne składniki. Nie bez powodu w witrynie cukierni zobaczymy kolorowe anioły jedzące lody. Po prostu raj!

Goście, goście

Podobno szczególną słabość do adresu Stradomska 7 mają krakowianki. Wpadają tu - jak niektóre mówią - na "maziste", czyli ciastka ze słodkim, lekkim kremem. Starowicz pamięta i rozpoznaje swoich gości. Nierzadko zna ich po imieniu. - Ten pan to Francuz, ale dobrze mówi po polsku. Odwiedza nas codziennie. Tamta pani też jest tu często, zazwyczaj się spieszy. Bywają też znani artyści, lekarze, politycy. Cukiernia Starowicza to prawie instytucja. I prawdziwie rodzinny biznes z tradycjami. Są tu pracownicy z 25-letnim stażem! Ciągle ci sami. Słodkości robią praktycznie na pamięć. A pamięć w Krakowie to ceniona wartość. Pamięć o tym, co stare i sprawdzone. Jak słodkie receptury rodziny Starowiczów. - Kiedyś wpadł do nas świętej pamięci profesor Zin. Widzi - tort francuski. No i pyta mnie, czemu francuski, a nie polski? Co to polskich nazw nie mamy? No to ja na takie dictum mówię: "Panie profesorze, to dla pana od dzisiaj będzie Stradom". I tak już zostało! - wspomina właściciel. Ci, którzy mniej lubią kremy, znajdą na Stradomiu perełkę krakowskiego cukiernictwa - paję malinową. Nazwa deseru wywodzi się po części od brytyjskiego słowa pie (placek z nadzieniem) - Starowiczów zainspirowały przepisy Mary Berry, znanej brytyjskiej pisarki kulinarnej, a po części od tytułu utworu Urszuli Dudziak "Papaya". Paja to rodzaj tarty: na kruchym cieście ułożona jest gruba warstwa malin przykryta migdałową pianą. Nieprzesadnie słodka, nawet lekko kwaskowata. Podobnie robione jest ciasto z wiśniami pod kokosem. Kruchy spód, dużo soczystych wiśni i cienka warstwa kokosowej pianki. No i właściwie człowiek nawet nie wie, kiedy, jak smok, pochłania cały słodki kawałek. Siedzę w cukierni i słyszę z sali: - Panie Starowicz, pan zanadto rozpieszcza kobiety! - No cóż - odpowiada cukiernik - taki zawód. I z szelmowskim uśmiechem nakłada klientce porcję orzechowego ciasta (bez mąki) z lekkim kawowym kremem. Kusiciel - myślę. Sama nie mogę się oprzeć proponowanym przez niego wypiekom. Jeszcze chwilę walczę ze sobą i wcinam ciastko królowej Bony. Na lody też tu wrócę. Mam słaby charakter.

Cukiernia Starowicz, ul. Stradomska 7, tel. (12) 422 02 95, www.cukiernia-starowicz.zaprasza.net