Jak my pijemy?

Ewa Wieleżyńska
02.12.2014 , aktualizacja: 07.01.2015 14:17
A A A

Rys. Polonia.pl

Tak zwany przeciętny Polak wypija 2,5 butelki wina rocznie, czyli wciąż najmniej w całej Europie. Również najrzadziej ze wszystkich obywateli państw europejskich chadza do restauracji.
Na jedzenie poza domem wydajemy niecałe 60 zł miesięcznie, a zatem trzykrotnie mniej od unijnej średniej. Jednak ostatnio rynek restauracji zanotował rekordowe 25 mld zł przychodu i szacuje się, że będzie rósł w najbliższych latach mniej więcej o 3% w skali roku. Podobnie, a nawet lepiej, prognostycy oceniają rynek wina, któremu niektórzy wróżą wzrost na poziomie sześcioprocentowym.
Przez ostatnie 25 lat wolności polska kultura stołu bardzo się zmieniła. Coraz więcej podróżujemy, staliśmy się bardziej wymagający i otwarci na kulinarne doznania. Wino wciąż pijemy głównie od święta, ale okazję do świętowania znajdujemy coraz częściej. Trzydzieści procent Polaków deklaruje, że pije wino przynajmniej raz w miesiącu. Stąd wiele winiarskich krajów widzi w Polsce duże możliwości ekspansji, zwłaszcza że konsumpcja wina w innych miejscach Europy się kurczy. Po jakie wina sięgamy dziś najchętniej?
Na początku była Sophia
Dla wszystkich nas, zaczynających przygodę z winem w Polsce początku lat 90., smakiem kanonicznym, czasem cierpkim jak niedojrzała aronia, czasem lekko utlenionym jak poobijana papierówka, był smak bułgarskiego wina Sophia, który nader czule wspominamy, nie tyle ze względu na jego wątpliwe przymioty, co na okoliczności przyrody. Parafrazując poetę: nigdy później papieros nie był tak smaczny, a Bóg nie był tak blisko, jak wtedy, gdy w głowie szumiała nam sophia.
Potem nadesłano z Bułgarii lepsze Château Slavyantsi i Dwie Mogiły, ale my już byliśmy gdzie indziej, już mogliśmy sobie kupić Barona de Lestaca i Sutter Home'a. Bułgaria stopniowo zaczęła tracić rynek i dziś jest jednym z tych niewielu winiarskich krajów, na których wina popyt w Polsce słabnie. Klientów tracą również Mołdawia i Argentyna. Pierwsza z powodu jakości, druga z uwagi na słaby marketing, jak również dlatego, że wysubtelniały nam gusta i coraz częściej sięgamy po lepiej zrównoważone wina z Europy.
Przypadek Carla Rossiego
Krajem, który od początku w Polskę jako rynek zbytu uwierzył, były Stany Zjednoczone, a ściślej rzecz biorąc, Kalifornia. Kiedy parę lat temu przeczytałam, że zajmuje pierwsze miejsce pod względem eksportu win do Polski, przetarłam oczy ze zdumienia: gdzie się
w takim razie podziały wszystkie te kalifornijskie butelki, których na półkach sklepów nie widać?
Za sukcesem całego kraju stoi jeden brand - dostępny faktycznie w każdej zapadłej dziurze, na każdej stacji benzynowej. Brand, który w dodatku znalazł sposób na kryptoreklamę, czyli Carlo Rossi. Swoją nazwą udaje on trochę wino włoskie, Kaliforni więc tak czy siak ani ujmy, ani splendoru nie przynosi; przynosi jej natomiast pieniądze. Według danych z 2010 roku Carlo Rossi stanowiło 7,5% polskiego rynku wina. Takiego masowego sukcesu nie udało się dotąd powtórzyć żadnej innej marce. Na szczycie naszych upodobań - rzeczywistych, a nie sztucznie napędzonych przez strategię jednej marki - znajdują się Włochy, które wywalczyły sobie tę pozycję ciężką promocyjną pracą. W przeciwieństwie do ich sąsiada
- Francji, którego sukces był od początku automatyczny, gdyż wynikał z rozbudowanej sieci francuskich supermarketów. Ze statystyk GUS-u wynika, że w roku 2012 udział włoskich win w rynku, tak pod względem ilościowym, jak
i jakościowym, był najwyższy.
Drugie miejsce pod względem wartości rynku zajęła Francja, trzecie Stany Zjednoczone, czwarte Hiszpania, piąte Niemcy. Gdy idzie o sprzedaż ilościową w pierwszej piątce (wedle GUS-u) znajdują się podobne kraje, a więc po kolei USA, Włochy, Hiszpania, Francja, ale także Bułgaria. Na dalszych pozycjach plasują się Chile, Mołdawia, Portugalia, Węgry i Argentyna.
Wielkie kraje winiarskie, jak Niemcy i Austria, choć sprzedają drogie butelki, są w zasadzie na obrzeżu polskich zainteresowań.
Paryskie niebo nad Wisłą
Pijemy, co w kontekście klimatu jest oczywiste, przede wszystkim wina czerwone. Niemniej konsumpcja czerwieni w ostatnich latach nieco spada na rzecz różu. Z kategorii na dobrą sprawę niestniejącej, gdyż pogardzanej, ewentualnie branej pod uwagę na „prezent dla niej”, wina różowe wyrosły na kojarzone z luksusem (Riwiera i te sprawy) i modne rosé. Zajmują one dzisiaj 10% rynku, 30% to wina białe, a 60% - czerwone. Nieustająco przy
tym rośnie (także wiązana z high
life'em) konsumpcja win musujących. Inna sprawa, że 90% bąbelków, które coraz chętniej pijemy, wytwarzanych jest w Polsce i ma nazwy, o których nie śniłoby się filozofom: Ty i Ja, Anna Karenina, Ciel de Paris...
Próg sajensfikszyn
Polak, jak wiadomo, nie cierpi się mylić. Dlatego prezes Ambry Robert Ogór twierdzi, że wino jest zakupem bardzo stresogennym. Bo jak tu kupić butelkę i nie wyjść na głupa? W sklepie specjalistycznym zadają nam trudne pytania, a w supermarkecie można się pomylić i w konsekwencji utopić pieniądze w zlewie. Badania zachowań konsumenckich pokazują, że większość ludzi, wybierając wino, kieruje się trzema kryteriami:
Jak szybko się tym uwalić?
Czy mieści się to w moim budżecie?
Czy mogę to skończyć bez bólu?
Dla znacznej części społeczeństwa, jak to ujął jeden z polskich blogerów, kupienie butelki za więcej niż 50 złotych to czyste sajensfikszyn. W Polsce cenowa struktura zakupów kształtuje się następująco: wino do 30 zł stanowi 45% rynku, wino 30-50 zł - 30% rynku, wino 50-100 zł - 15% rynku, wino powyżej 100 zł - 10% rynku. Ze względu na ofensywę dyskontów udział win tanich prawdopodobnie będzie rósł. Biedronka i Lidl, według AC Nielsen, obsługują 40% rynku wina; co druga butelka, gdy idzie o sprzedaż w sklepach detalicznych, kupowana jest właśnie tam. Natomiast konsumpcja wina w sektorze HoReCa (hotele, restauracje, kawiarnie) wciąż jest znikoma. Nieliczne restauracje widzą potrzebę zatrudnienia profesjonalnej obsługi i w konsekwencji nie potrafią wina sprzedać. Niestety dotyczy to również wielu cztero-, a nawet pięcio-gwiazdkowych hoteli.
Wino i gender
Wino, jak nietrudno się domyślić, jest kupowane przeważnie w Warszawie oraz innych dużych miastach przez ludzi z wyższym wykształceniem. Natomiast interesujące są badania, które mówią, że blisko 70% winiarskich zakupów dokonywana jest przez te same osoby, które w gospodarstwie domowym decydują o wyborze pozostałych produktów spożywczych, co na zdrowy rozsądek znaczy mniej więcej tyle, że wino najczęściej kupują kobiety. I to jest rynek zupełnie niezagospodarowany. Gdyby można było dotrzeć do grupy, która zazwyczaj gotuje, studiuje przepisy, urządza przyjęcia i chciałaby się dowiedzieć: „co? kiedy? i do czego?”, rynek wina w Polsce wyglądałby zupełnie inaczej. Pytanie tylko, jak to zrobić, gdy większość mediów na skutek działań Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych  myli edukację kulinarną z reklamą alkoholu?

Na jedzenie poza domem wydajemy niecałe 60 zł miesięcznie, a zatem trzykrotnie mniej od unijnej średniej. Jednak ostatnio rynek restauracji zanotował rekordowe 25 mld zł przychodu i szacuje się, że będzie rósł w najbliższych latach mniej więcej o 3% w skali roku. Podobnie, a nawet lepiej, prognostycy oceniają rynek wina, któremu niektórzy wróżą wzrost na poziomie sześcioprocentowym.

 

Przez ostatnie 25 lat wolności polska kultura stołu bardzo się zmieniła. Coraz więcej podróżujemy, staliśmy się bardziej wymagający i otwarci na kulinarne doznania. Wino wciąż pijemy głównie od święta, ale okazję do świętowania znajdujemy coraz częściej. Trzydzieści procent Polaków deklaruje, że pije wino przynajmniej raz w miesiącu. Stąd wiele winiarskich krajów widzi w Polsce duże możliwości ekspansji, zwłaszcza że konsumpcja wina w innych miejscach Europy się kurczy. Po jakie wina sięgamy dziś najchętniej?

 

Na początku była Sophia

Dla wszystkich nas, zaczynających przygodę z winem w Polsce początku lat 90., smakiem kanonicznym, czasem cierpkim jak niedojrzała aronia, czasem lekko utlenionym jak poobijana papierówka, był smak bułgarskiego wina Sophia, który nader czule wspominamy, nie tyle ze względu na jego wątpliwe przymioty, co na okoliczności przyrody. Parafrazując poetę: nigdy później papieros nie był tak smaczny, a Bóg nie był tak blisko, jak wtedy, gdy w głowie szumiała nam sophia.

 

Potem nadesłano z Bułgarii lepsze Château Slavyantsi i Dwie Mogiły, ale my już byliśmy gdzie indziej, już mogliśmy sobie kupić Barona de Lestaca i Sutter Home'a. Bułgaria stopniowo zaczęła tracić rynek i dziś jest jednym z tych niewielu winiarskich krajów, na których wina popyt w Polsce słabnie. Klientów tracą również Mołdawia i Argentyna. Pierwsza z powodu jakości, druga z uwagi na słaby marketing, jak również dlatego, że wysubtelniały nam gusta i coraz częściej sięgamy po lepiej zrównoważone wina z Europy.

 

Przypadek Carla Rossiego

Krajem, który od początku w Polskę jako rynek zbytu uwierzył, były Stany Zjednoczone, a ściślej rzecz biorąc, Kalifornia. Kiedy parę lat temu przeczytałam, że zajmuje pierwsze miejsce pod względem eksportu win do Polski, przetarłam oczy ze zdumienia: gdzie się w takim razie podziały wszystkie te kalifornijskie butelki, których na półkach sklepów nie widać? Za sukcesem całego kraju stoi jeden brand - dostępny faktycznie w każdej zapadłej dziurze, na każdej stacji benzynowej.

 

Brand, który w dodatku znalazł sposób na kryptoreklamę, czyli Carlo Rossi. Swoją nazwą udaje on trochę wino włoskie, Kalifornii więc tak czy siak ani ujmy, ani splendoru nie przynosi; przynosi jej natomiast pieniądze. Według danych z 2010 roku Carlo Rossi stanowiło 7,5% polskiego rynku wina. Takiego masowego sukcesu nie udało się dotąd powtórzyć żadnej innej marce.

Na szczycie naszych upodobań - rzeczywistych, a nie sztucznie napędzonych przez strategię jednej marki - znajdują się Włochy, które wywalczyły sobie tę pozycję ciężką promocyjną pracą. W przeciwieństwie do ich sąsiada - Francji, którego sukces był od początku automatyczny, gdyż wynikał z rozbudowanej sieci francuskich supermarketów. Ze statystyk GUS-u wynika, że w roku 2012 udział włoskich win w rynku, tak pod względem ilościowym, jak i jakościowym, był najwyższy.

 

Drugie miejsce pod względem wartości rynku zajęła Francja, trzecie Stany Zjednoczone, czwarte Hiszpania, piąte Niemcy. Gdy idzie o sprzedaż ilościową w pierwszej piątce (wedle GUS-u) znajdują się podobne kraje, a więc po kolei USA, Włochy, Hiszpania, Francja, ale także Bułgaria. Na dalszych pozycjach plasują się Chile, Mołdawia, Portugalia, Węgry i Argentyna. Wielkie kraje winiarskie, jak Niemcy i Austria, choć sprzedają drogie butelki, są w zasadzie na obrzeżu polskich zainteresowań.

 

Paryskie niebo nad Wisłą

Pijemy, co w kontekście klimatu jest oczywiste, przede wszystkim wina czerwone. Niemniej konsumpcja czerwieni w ostatnich latach nieco spada na rzecz różu. Z kategorii na dobrą sprawę niestniejącej, gdyż pogardzanej, ewentualnie branej pod uwagę na „prezent dla niej”, wina różowe wyrosły na kojarzone z luksusem (Riwiera i te sprawy) i modne rosé. Zajmują one dzisiaj 10% rynku, 30% to wina białe, a 60% - czerwone. Nieustająco przy tym rośnie (także wiązana z high life'em) konsumpcja win musujących. Inna sprawa, że 90% bąbelków, które coraz chętniej pijemy, wytwarzanych jest w Polsce i ma nazwy, o których nie śniłoby się filozofom: Ty i Ja, Anna Karenina, Ciel de Paris...

 

Próg sajensfikszyn

Polak, jak wiadomo, nie cierpi się mylić. Dlatego prezes Ambry Robert Ogór twierdzi, że wino jest zakupem bardzo stresogennym. Bo jak tu kupić butelkę i nie wyjść na głupa? W sklepie specjalistycznym zadają nam trudne pytania, a w supermarkecie można się pomylić i w konsekwencji utopić pieniądze w zlewie.

 

Badania zachowań konsumenckich pokazują, że większość ludzi, wybierając wino, kieruje się trzema kryteriami: Jak szybko się tym uwalić?Czy mieści się to w moim budżecie?Czy mogę to skończyć bez bólu? Dla znacznej części społeczeństwa, jak to ujął jeden z polskich blogerów, kupienie butelki za więcej niż 50 złotych to czyste sajensfikszyn.

 

W Polsce cenowa struktura zakupów kształtuje się następująco: wino do 30 zł stanowi 45% rynku, wino 30-50 zł - 30% rynku, wino 50-100 zł - 15% rynku, wino powyżej 100 zł - 10% rynku. Ze względu na ofensywę dyskontów udział win tanich prawdopodobnie będzie rósł. Biedronka i Lidl, według AC Nielsen, obsługują 40% rynku wina; co druga butelka, gdy idzie o sprzedaż w sklepach detalicznych, kupowana jest właśnie tam. Natomiast konsumpcja wina w sektorze HoReCa (hotele, restauracje, kawiarnie) wciąż jest znikoma. Nieliczne restauracje widzą potrzebę zatrudnienia profesjonalnej obsługi i w konsekwencji nie potrafią wina sprzedać. Niestety dotyczy to również wielu cztero-, a nawet pięciogwiazdkowych hoteli.

 


Wino i gender

Wino, jak nietrudno się domyślić, jest kupowane przeważnie w Warszawie oraz innych dużych miastach przez ludzi z wyższym wykształceniem. Natomiast interesujące są badania, które mówią, że blisko 70% winiarskich zakupów dokonywana jest przez te same osoby, które w gospodarstwie domowym decydują o wyborze pozostałych produktów spożywczych, co na zdrowy rozsądek znaczy mniej więcej tyle, że wino najczęściej kupują kobiety. I to jest rynek zupełnie niezagospodarowany.

 

Gdyby można było dotrzeć do grupy, która zazwyczaj gotuje, studiuje przepisy, urządza przyjęcia i chciałaby się dowiedzieć: „co? kiedy? i do czego?”, rynek wina w Polsce wyglądałby zupełnie inaczej. Pytanie tylko, jak to zrobić, gdy większość mediów na skutek działań Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych myli edukację kulinarną z reklamą alkoholu?


O produkcji wina, tradycji picia tego alkoholu i jego najlepszych rocznikach przeczytaj w książce Marka Bieńczyka >>

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

Komentarze (52)
Zaloguj się
  • avatar

    trzezwy.umysl

    Oceniono 207 razy 189

    Proponuję policzyć jaką część domowego budżetu, pozostałego po opłaceniu rachunków, musi przeciętny Polak wydać na jedno wyjście do polskiej restauracji. Wtedy okaże się, że może wydajemy dużo więcej niż inni? Specjalnie napisałem "polskiej restauracji" - bo w np. czeskiej można zjeść sporo taniej - zupełnie nie wiedzieć czemu.

  • avatar

    nioma

    Oceniono 154 razy 150

    Bardzo lubię restauracje, niestety, wydatek zbyt duzy dla naszego budżetu.
    Skromny obiad w bliskiej restauracyjce włoskiej (risotto + napoje), to wydatek 100zł dla dwóch osób.
    Raz na kilka miesięcy możemy sobie pozwolić na taką przyjemność.
    Niestety to samo jest z teatrem, operą...
    Ceny za wysokie.

  • avatar

    ko_mentator

    Oceniono 153 razy 147

    Dopóki to samo niezłe francuskie wino będzie w Polsce 2x droższe niż we Francji, będziemy pili sikacze lub wódę popijaną piwem.

  • avatar

    Oceniono 146 razy 132

    Pani Wieleżyńska - pisze Pani do polskiej (mam nadzieję) gazety, w Polsce, więc proszę z łaski swoje pisać po polsku.
    Zamiast słowa "brand" używamy naszego "marka".

  • avatar

    wolfspider

    Oceniono 100 razy 86

    Bo jak mamy wydać za kolacje dla dwóch osób 150 złotych , to każdy Polak (oprócz łaskawie nam rządzących) dwa razy sie zastanowi bo za to ma obiad w domu na cały tydzień , i to całkiem niezły.

  • avatar
  • avatar
  • avatar

    mirmol

    Oceniono 81 razy 41

    Restauracja..jedna dniówka na obiad dla 3/4 osobowej rodziny..to kpiny...kogo na to stać w tym ..pokręconym państwie...pomimo 50 lat..uciekamy stąd..jeszczeŚwięta..już na walizkach..kochamy Polskę,ale oczekujemy i by ona nas szanowała..a tu co..głodowe pensje,mobbbing w pracy,brak szacunku dla pracownika..totalne niewolnictwo,..kto ma za grosz rozumu niech spierd.. z tego kraju...dzieje się to samo co w latach 20.tych ubiegłego wieku..rządzą nami sępy,kłamcy..nie jestem desperatem,pesymistą..ale jako wolny człowiek oczekuję szacunku,godziwej płacy za solidną pracę

  • avatar

    darthnaciek

    Oceniono 93 razy 41

    "Przez ostatnie 25 lat wolności" - ROTFL. Skończyłem czytać.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

ZOBACZ WIDEO