Ani się obejrzałem, a minęło dziewięć lat od publikacji pierwszego artykułu z cyklu „Plus-minus - ocena subiektywna”. Oto refleksje.
Dziś łatwiej mi niż kiedyś współpracować z dystrybutorami i producentami alkoholi. Prośba o przysłanie flaszki do recenzji nie spotyka się już z pytaniem: „A ile to kosztuje?”, wynikającym z nieodróżniania recenzji od reklamy.
Chociaż - dziwne/zabawne rzeczy wciąż się zdarzają. Np. jeden z dystrybutorów zorientował się, że „Kuchnia” jest wydawana w koncernie Agora i na siłę chciał mi wcisnąć swe wina, bym zarekomendował je zarządowi jako trunki do picia na oficjalnych spotkaniach biznesowych. Gdy powiedziałem mu, że nie taka moja rola, a poza tym jestem śmiertelnikiem niemającym wstępu na olimp władzy, stwierdził: - Pan nie będzie taki skromny. Przyślę, a pan już będzie wiedział, co z tym zrobić.
Dystrybutorzy czasem są nieufni. Pan od wina mszalnego, gdy poprosiłem go o trunki do degustacji, przepytał mnie: czy jestem katolikiem, czy „Kuchnia” to pismo kościelne czy świeckie i czy może dostać recenzje do wglądu.  Nawet poszedł skonsultować się z żoną. W końcu stwierdził, że przyśle. Jednak dni mijały, a win nie było. Ostatecznie wydusił z siebie, że jednak ich nie dostanę, gdyż on „nie wie, co ja z nimi będę robił”. Widocznie miał jakieś chore wizje rodem z horrorów klasy C: czarne msze, głowy kozła, diabelskie nałożnice i jego wino w tym wszystkim.
Ludzie są wdzięczni, że piszę o ich produktach, czasem jednak zaskakuje ich wynikający z publikacji sukces. Siedzieliśmy kiedyś z przyjaciółką w warszawskiej restauracji, jedliśmy kolację i - jak to mówią w „Monty Pythonie” - nie spodziewaliśmy się Hiszpańskiej Inkwizycji. Wtem pojawił się Dystrybutor i huzia na mnie! - Coś ty najlepszego narobił? - mówi. - Napisałeś o tej białej kadarce [kuriozum - białe wino z czerwonych gron odmiany kadarka - przyp. autora] i teraz każdy jej chce. Sprzedałem już wszystko, co miałem, a ludzie ciągle pytają. I co ja mam im powiedzieć?!
To łajanie było inteligentnym przyjacielskim wygłupem, ale bywają i poważne akcje. Choć czy naprawdę „poważne”? Przez te dziewięć lat hejterskie komentarze do moich tekstów zdarzyły się tylko w internecie, a ich autorami były trolle internetowe.
Troll żerujący na mnie występuje w trzech odmianach. 1) Psycho-Miodek. Udaje językoznawcę i - bez zajrzenia do słownika - wmawia mi, że np. pisze się „Allah”, a nie „Allach”, opatrując to komentarzem w stylu Zulu-Guli: „Polska język bardzo trudna”. Albo: mój tekst wrzucony do internetu na skutek błędu technicznego rozsypuje się, tak że w środku wyrazów są pauzy (np. „sześ-ciu miesięcy”). Troll wytyka mi to, sugerując, że ja sam je powpisywałem i że jestem debilem. Pojawia się przy okazji opowieść z dzieciństwa trolla o jego koledze, który przepisując odeń zeszyt, skopiował słowa wraz z oryginalnymi ich dzieleniami. Zaiste, łzy się do oczu cisną. 2) Agent CBA. Sugeruje, że biorę kasę od dystrybutorów/producentów w zamian za dobre recenzje. 3)?Pseudoznawca. Może np. skrótowo życzyć mi „zdrowia psychicznego”, bo nie wierzy, że w whisky trafia się aromat pasty do butów - nie zapoznał się nigdy ze stworzonym przez ekspertów kołem zapachowym tego trunku zamieszczonym np. na?portalu pisma „Whisky Magazine” (whiskymag.com). Może też bredzić bardziej potoczyście. Na przykład w tekście o cydrach napisałem - przywołując znanego cydrownika Hieronima Błażejaka - że dawna polska nazwa cydru brzmiała „jabłecznik”. Cytuję komentarz (pisownia oryginalna): „Panie redachtorze, jablecznik to polska nazwa calvadosu, a sam calvados to odpowiednik koniaku, tylko robiony z jablek, a nie z winogron. Tez musi „podojrzewac” i tez jest klasyfkowany jako
20-to, 30-to, czy 40-to letni. A jego ojczyzna jest Normandia, gdzie jest go, zdaje sie, 120 rodzajow, czy cos takiego”.
No cóż, cieszę się, że „klasyfkowanych” trolli są (w moim przypadku) tylko trzy rodzaje, nie zaś „120, czy cos takiego”. Cieszę się również, że 99,9% moich czytelników to normalni ludzie, zainteresowani fajnymi alkoholami, piszący do mnie sympatyczne e-maile i sympatycznie zaczepiający mnie na degustacjach. Że z moich tekstów korzystają wybitni szefowie kuchni, sprowadzający ciekawe, nietypowe trunki do swoich restauracji. Że 99,9% dystrybutorów i producentów, z którymi współpracuję, to biznesmeni idący pod prąd, dla których liczy się, owszem, kasa, lecz przede wszystkim oryginalność i jakość (witam w tym gronie nową firmę Prime Brands).
Że redakcja pozwala mi pisać, o czym tylko chcę, i że nie zabija mnie, kiedy spóźniam się z tekstami.
Że cholera, wzruszyłem się.

Ani się obejrzałem, a minęło dziewięć lat od publikacji pierwszego artykułu z cyklu „Plus-minus - ocena subiektywna”. Oto refleksje. Dziś łatwiej mi niż kiedyś współpracować z dystrybutorami i producentami alkoholi. Prośba o przysłanie flaszki do recenzji nie spotyka się już z pytaniem: „A ile to kosztuje?”, wynikającym z nieodróżniania recenzji od reklamy. Chociaż - dziwne/zabawne rzeczy wciąż się zdarzają. Np. jeden z dystrybutorów zorientował się, że „Kuchnia” jest wydawana w koncernie Agora i na siłę chciał mi wcisnąć swe wina, bym zarekomendował je zarządowi jako trunki do picia na oficjalnych spotkaniach biznesowych. Gdy powiedziałem mu, że nie taka moja rola, a poza tym jestem śmiertelnikiem niemającym wstępu na olimp władzy, stwierdził: - Pan nie będzie taki skromny. Przyślę, a pan już będzie wiedział, co z tym zrobić. Dystrybutorzy czasem są nieufni. Pan od wina mszalnego, gdy poprosiłem go o trunki do degustacji, przepytał mnie: czy jestem katolikiem, czy „Kuchnia” to pismo kościelne czy świeckie i czy może dostać recenzje do wglądu.  Nawet poszedł skonsultować się z żoną. W końcu stwierdził, że przyśle. Jednak dni mijały, a win nie było. Ostatecznie wydusił z siebie, że jednak ich nie dostanę, gdyż on „nie wie, co ja z nimi będę robił”. Widocznie miał jakieś chore wizje rodem z horrorów klasy C: czarne msze, głowy kozła, diabelskie nałożnice i jego wino w tym wszystkim. Ludzie są wdzięczni, że piszę o ich produktach, czasem jednak zaskakuje ich wynikający z publikacji sukces.

Siedzieliśmy kiedyś z przyjaciółką w warszawskiej restauracji, jedliśmy kolację i - jak to mówią w „Monty Pythonie” - nie spodziewaliśmy się Hiszpańskiej Inkwizycji. Wtem pojawił się Dystrybutor i huzia na mnie! - Coś ty najlepszego narobił? - mówi. - Napisałeś o tej białej kadarce [kuriozum - białe wino z czerwonych gron odmiany kadarka - przyp. autora] i teraz każdy jej chce. Sprzedałem już wszystko, co miałem, a ludzie ciągle pytają. I co ja mam im powiedzieć?! To łajanie było inteligentnym przyjacielskim wygłupem, ale bywają i poważne akcje. Choć czy naprawdę „poważne”?

Przez te dziewięć lat hejterskie komentarze do moich tekstów zdarzyły się tylko w internecie, a ich autorami były trolle internetowe. Troll żerujący na mnie występuje w trzech odmianach. 1) Psycho-Miodek. Udaje językoznawcę i - bez zajrzenia do słownika - wmawia mi, że np. pisze się „Allah”, a nie „Allach”, opatrując to komentarzem w stylu Zulu-Guli: „Polska język bardzo trudna”. Albo: mój tekst wrzucony do internetu na skutek błędu technicznego rozsypuje się, tak że w środku wyrazów są pauzy (np. „sześciu miesięcy”). Troll wytyka mi to, sugerując, że ja sam je powpisywałem i że jestem debilem. Pojawia się przy okazji opowieść z dzieciństwa trolla o jego koledze, który przepisując odeń zeszyt, skopiował słowa wraz z oryginalnymi ich dzieleniami. Zaiste, łzy się do oczu cisną. 2) Agent CBA. Sugeruje, że biorę kasę od dystrybutorów/producentów w zamian za dobre recenzje. 3) Pseudoznawca. Może np. skrótowo życzyć mi „zdrowia psychicznego”, bo nie wierzy, że w whisky trafia się aromat pasty do butów - nie zapoznał się nigdy ze stworzonym przez ekspertów kołem zapachowym tego trunku zamieszczonym np. na?portalu pisma „Whisky Magazine” (whiskymag.com). Może też bredzić bardziej potoczyście. Na przykład w tekście o cydrach napisałem - przywołując znanego cydrownika Hieronima Błażejaka - że dawna polska nazwa cydru brzmiała „jabłecznik”. Cytuję komentarz (pisownia oryginalna): „Panie redachtorze, jablecznik to polska nazwa calvadosu, a sam calvados to odpowiednik koniaku, tylko robiony z jablek, a nie z winogron. Tez musi „podojrzewac” i tez jest klasyfkowany jako 20-to, 30-to, czy 40-to letni. A jego ojczyzna jest Normandia, gdzie jest go, zdaje sie, 120 rodzajow, czy cos takiego”.

No cóż, cieszę się, że „klasyfkowanych” trolli są (w moim przypadku) tylko trzy rodzaje, nie zaś „120, czy cos takiego”. Cieszę się również, że 99,9% moich czytelników to normalni ludzie, zainteresowani fajnymi alkoholami, piszący do mnie sympatyczne e-maile i sympatycznie zaczepiający mnie na degustacjach. Że z moich tekstów korzystają wybitni szefowie kuchni, sprowadzający ciekawe, nietypowe trunki do swoich restauracji. Że 99,9% dystrybutorów i producentów, z którymi współpracuję, to biznesmeni idący pod prąd, dla których liczy się, owszem, kasa, lecz przede wszystkim oryginalność i jakość (witam w tym gronie nową firmę Prime Brands). Że redakcja pozwala mi pisać, o czym tylko chcę, i że nie zabija mnie, kiedy spóźniam się z tekstami. Że cholera, wzruszyłem się.

 

Ocena:

Camitz Sparkling Vodka (Prime Brands, 129 zł/0,7 l) primebrands.eu

Osobliwość: gazowana wódka. W nosie dominuje czysty i nienatarczywy aromat spirytusu, także nuty szpitalne (bandaże). Usta bardzo słodkie, krągłe, bąbelki dobrze zintegrowane, gorzka końcówka. Poprawna rzecz, ale za tę cenę oczekuję świetnej równowagi (tu przeszkadza natrętna słodycz), finezji, głębi i złożoności.

* * *

Starkus (Z. Kozuba i Synowie, 115 zł/0,7 l) www.kozuba.pl

Starka, czyli wódka ze słodu żytniego, leżakowana w dębie przez 3 miesiące (świeże beczki) lub 5-6 miesięcy (używane). W nosie aromaty słodowe i bimbrowe. Usta cienkie, choć zaskakująco delikatne, jednak ze zbytnią goryczką i posmakiem dębiny. Brak masy, złożoności i różnorodności aromatycznej, gładkości, równowagi, słowem tego, co daje długie leżakowanie. Nie ma sensu sprzedawać tak młodej starki.

* * *

Waqar Pisco (Prime Brands, 139 zł/0,7 l) primebrands.eu

Chilijski winiak z winogron odmian muskatowych. Nos złożony, intensywny i elegancki: kwiaty (dziki bez), miód, owoce (mango, gorzkie pomarańcze), werbena, nutka drewna i morskiej bryzy. Usta delikatne, z pikantnymi akcentami oraz nutami soli, cukru i drewna. Kwiatowy finisz. Doskonałość!

* * * * *

Dwór Sieraków Wódka Pieprzowa (Dom Wina, 62 zł/0,7 l) www.domwina.pl

Słodki i niezbyt czysty, jakby „przymulony”, aromat alkoholu i zielonego pieprzu. Usta ostre, alkoholowe, posmak pieprzu (tym razem czarnego) nieco bardziej konturowy. Przeraźliwie słodka końcówka. Nie rozumiem tej pieprzówki, to chyba nie o niej śpiewali z uwielbieniem Starsi Panowie.

* * *

Młody Ziemniak 2013 (Polmos Siedlce, 87 zł/0,5 l) www.polmos-siedlce.com.pl

Ciepły, czysty, głęboki i subtelny aromat świeżo wykopanych ziemniaków, nuta spirytusu aptecznego, czereśni i drewna. Usta delikatne, z pikantnymi akcentami, czereśniami i świeżym drewnem, rozgrzewające. Mniej złożoności niż w poprzednich rocznikach, ale trunek wciąż jest klasą dla siebie.

* * * * *

 

Skala ocen:

* trucizna! antidotum jest nieznane nauce

* * oczko wyżej niż  „Łza Komsomołki”

* * * można się napić, gdy napić się trzeba

* * * * zrobili to zdolni i dobrzy ludzie

* * * * * zdobycz cywilizacji na miarę koła

* * * * * * spożycie prowadzi do osiągnięcia satori