Dawno temu, jako ubogi student Uniwersytetu Warszawskiego, mieszkałem z kumplem na poddaszu kamienicy przy ul. Grzybowskiej, nota bene tym samym, które w filmie Barei "Poszukiwany, poszukiwana" zagrało laboratorium ds. badania cukru w cukrze. Był tam ziąb jak cholera, więc od listopada do kwietnia przeżywaliśmy wyłącznie dzięki wzmożonej konsumpcji miodów pitnych. Za każdym razem staraliśmy się kupować inny gatunek, a opróżnioną flaszkę po "nowym modelu" ustawialiśmy na półce. Gdy po trzech latach opuszczaliśmy Grzybowską, butelek było blisko pół setki. Osiągnęliśmy znawstwo praktyczne, jednak o samym miodzie - jego historii, czy sposobach produkcji - nie wiedzieliśmy prawie nic.

Wspominam o tym, bo dziś - mimo że jestem starszy o lat 15, a od kilku pisuję o alkoholach - moja wiedza wcale nie wzbogaca się w jakimś piorunującym tempie. Jest tak dlatego, że informacje o naszym narodowym trunku są rozproszone po różnych źródłach. I że trzeba mozolnie je wydłubywać: z naukowych prac historycznych oraz fachowych o miodosytnictwie, ze wspomnień i pamiętników, a nawet z beletrystyki - by przywołać tu choćby tylko "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza.

To wydłubywanie trwałoby pewnie dalej, gdybym w jakimś antykwariacie nie trafił na pracę Romualda Wróblewskiego "Miodosytnictwo". To znakomita i bodaj jedyna książka, która wiele owego miodowego bogactwa gromadzi w jednym miejscu. Od Wróblewskiego dowiemy się na przykład, że pierwszym miodem pitnym epoki nowożytnej był winogroniak - są bowiem papiery na to, że już w VIII wieku na ziemiach Karolingów fermentowano z miodem niemal każde wino, aby dosłodzić kwaśny moszcz z niebyt dojrzałych owoców.

Kolejna ciekawa rzecz dotyczy naszego kraju. Autor zajmuje stanowisko w sporze na temat tego, ile miodu wypijało się w dawnej Polsce i - cytując dokumenty - twierdzi, że mnóstwo. Dowód? Jak wynika z raportu po lustracji królewszczyzn w 1570 i 1576 r., w wielu polskich miastach istniały tzw. karczmy miodowe, które prowadziły wyszynk wyłącznie miodów pitnych. Na przykład w Tykocinie było ich 10, w Drohiczynie 12, a w miasteczku Kleszczele na Podlasiu aż 32 - choć trzeba dodać, że tu lustratorzy liczyli karczmy miodowe i piwne razem. Rzecz jasna, największą popularnością w tego typu miejscach cieszył się cienki i tani czwórniak - nawiasem mówiąc - w XVII i XVIII w. nazywany też "miodem obozowym": kiedy stacjonujący po wsiach żołnierze rekwirowali miód pszczeli mieszkańcom, natychmiast przerabiali go na pitny; oczywista, na czwórniak - gdyż ten fermentował szybko i można się było nim cieszyć (czytaj: urżnąć się jak prosię) już po kilku tygodniach od nastawienia.

Wróblewski ciekawie pisze również o technologii tworzenia dawnego miodu, a zwłaszcza o wielkiej liczbie jego odmian. I tak, XIX-wieczny bawarski hydroterapeuta ks. Sebastian Kneipp wymyślił chyba najbardziej rozwodniony miód świata, który wedle polskiej nomenklatury powinien nazywać się "szóstakiem" (5 części wody i 1 miodu). W tym samym czasie na Kowieńszczyźnie znane było jego kompletne przeciwieństwo: zimowy miód wymrażany. Zwykły dwójniak oziębiało się do temperatury -20°C za pomocą mieszaniny śniegu z solą i usuwało powstałe kryształki lodu, uzyskując niezwykle skoncentrowaną, aromatyczną i słodką esencję o zawartości alkoholu ponad 20%. Zalety "Miodosytnictwa", a choćby to, że jest w nim mnóstwo tropów literackich (Vincenz, Wańkowicz, Stanisław Morawski), można by wymieniać jeszcze długo, lecz miejsca zostało tylko na jedno zdanie. Należy jak najszybciej wznowić tę książkę. Wymaga tego racja stanu!

TiM Czwórniak Perła w Koronie (TiM SA, 15 zł/0,75 l)

Nos to głównie goździki oraz cynamon. W tle marmolada jabłkowa i miód. Usta masywne jak na czwórniaka, niestety, zdominowane przez korzenie; gorzkawy finisz. Brak tu równowagi aromatycznej, ale na grzańca ten miód się nada.

*** 1/2

Apis Czwórniak Korzenny (Apis, 12 zł/0,75 l)

Nos delikatny, świeży, czysty: wiosenne kwiaty, miód, jabłka, renklody. Usta zrównoważone, lekkie, dobra kwasowość. Trunek łatwy w piciu, po silnym schłodzeniu idealny na aperitif. Świetny miód za śmieszne pieniądze.

*****

Pasieka Jaros Półtorak Gronowy (Pasieka Jaros, 50 zł/0,75 l)

Nos elegancki i uwodzicielski: miód, świeżo wyciśnięty moszcz winogronowy, lekko kłujące nuty świeżego, jakby jodłowego czy świerkowego drewna. Ładna, gładka struktura, trunek miły w piciu, brak tylko trochę głębi i kwasowości. Słodycz dominuje.

**** 1/3

Pasieka Jaros Dwójniak Bitewny (Pasieka Jaros, 35 zł/0,75 l)

Miód przygotowany specjalnie z okazji 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Głęboki i nasycony aromat miodu spadziowego, lekkie nuty leśne. Usta gładkie i miękkie, lecz mało złożone. Jak zwykle u Jarosa świetny nos, ale za dużo cukru, który nie jest niczym skontrastowany.

****

Pasieka Jaros Dwójniak Lipiec (Pasieka Jaros, 40 zł/0,75 l)

Sycony z miodu lipowego. Aromaty propolisowo-fiołkowe plus zaskakująca nuta krzemionki. W ustach słodki, aksamitny i bardzo delikatny, ale owa delikatność wygląda mi chwilami na brak osobowości: chciałoby się trochę lepszej struktury. No i kontrapunktu dla cukru.

****

Skala ocen: * Trucizna! Antidotum jest nieznane nauce ** Oczko wyżej niż "Łza Komsomołki" *** Można się napić, gdy napić się trzeba **** Zrobili to zdolni i dobrzy ludzie ***** Zdobycz cywilizacji na miarę koła ****** Spożycie prowadzi do osiągnięcia satori