Bodajże nie ma o nim książki, w której obeszłoby się bez tego przedmiotu i odbicia jego w różnych językach. Któżby nie pamiętał, że zamawiany przez Bonda koktajl Martini Dry musiał być wstrząśnięty, a nie mieszany? Lecz o alkoholach w guście i życiu Bonda warto by porozmawiać osobno. Więc tym razem z okazji wejścia na ekran nowego filmu z Jamesem Bondem 007 Quantum of Solace ograniczymy się do perspektyw gastronomicznych.

Już z początkiem pierwszej powieści Casino Royale dowiadujemy się, że "Bond lubił zjeść dobre śniadanie. Pół szklanki soku pomarańczowego z lodem, jajecznicę z trzech jajek na bekonie i podwójną kawę bez cukru." W następnej, Żyj i daj umrzeć, mamy całą szklankę tego soku, do kawy przybywa śmietanka oraz dwie grzanki z marmoladą, przy jajecznicy zaś podkreśla się, że jajka w niej należy skłócić trochę, lecz nie za bardzo. I tak przez całe 14 tomów. My zaś uściślimy jeszcze: co znaczy po angielsku marmalade? Otóż wyłącznie grejpfrutowa albo pomarańczowa, nie za słodka. Raczej z gorzkich pomarańczy, nie bez udziału ich skórki: to istotna różnica. Trafia się też, jako rzadszy specjał, marmelade z korzeni imbiru. A to bardzo wyraziste w smaku. W tej powieści oraz jeszcze w dalszych Doktor No i opowiadaniu Ośmiorniczka wstrząsające wydarzenia przenoszą Bonda na Jamajkę, gdzie miał posiadłość i spędził też kawał życia ich autor Ian Fleming. Więc i śniadania stają się bardziej egzotyczne: "Papaja z plasterkiem zielonej limonki, czerwone banany, purpurowe owoce belimbing w kształcie gwiazdy i mandarynki, jajecznica z bekonem, najwspanialsza na świecie kawa Blue Mountain, prawie czarny dżem pomarańczowy i galaretka z gojawy." Jak widać, zasadniczy skład śniadania pozostaje ten sam. Tylko przybywa w nim tropikalnych owoców, w które zresztą pewnego razu chiński zbrodniarz każe wstrzyknąć cyjanek potasu, aby zagrażającego mu agenta z miejsca uśmiercić.

Moonraker tak pochłonięty jest możliwością rakietowego unicestwienia Londynu, że na gastronomię prawie nie ma czasu i miejsca. Lecz dowiadujemy się, że w ekskluzywnym klubie Blades "plasterek wędzonego łososia miał delikatną, kleistą konsystencję, osiąganą tylko w górskich wędzarniach Szkocji, bardzo różniącą się od przesuszonych produktów skandynawskich. Bond zwinął cieniutką kromkę czarnego chleba z masłem i smakował go w zamyśleniu." A potem jeszcze ciekawsze: "Kość szpikowa umieszczona była pionowo na srebrnym talerzu w nieskazitelnej koronkowej serwetce. Obok spoczywała ozdobna srebrna łyżka do szpiku."

Już nie takie szczegóły, lecz całą scenę restauracyjną ze świata bogaczy zawiera Goldfinger. Milioner okradany przez jednego z największych i najdziwniejszych zbrodniarzy świata zaprasza Bonda na posiłek będący jakoby czymś najświetniejszym i najbardziej wybrednym w całej gastronomii tegoż świata. Czy mamy wierzyć? Nie wiem. Spróbujmy, jeśli znajdziemy się w takiej sytuacji jak James Bond. Chodzi o kraba skalnego, po angielsku stone crab, po łacinie Menippe mercenaria. Występuje on na południowych wybrzeżach USA oraz na Karaibach. "Na środek stołu wjechał ceremonialnie wielki srebrny półmisek dużych krabów o pokruszonych skorupach i szczypcach. Każdemu postawiono przy talerzu srebrną sosjerkę pełną roztopionego masła i długi stojak z grzankami. Zapieniły się na różowo kufle (tak w oryg. - red.) szampana. Główny kelner podszedł i stanął kolejno za krzesłem każdego z nich, aby przywiązać im pod brodą długie śliniaki z białego jedwabiu, zachodzące aż na kolana. Żaden z gości przy sąsiednich stolikach nie wyglądał na zaskoczonego tą żarłocką pompą. Bond za przykładem gospodarza zgarnął sobie na talerz parę kawałków kraba, polał je obficie stopionym masłem i zaczął pałaszować, nie tyle jedząc, ile pożerając najwspanialszy posiłek, jakiego zakosztował w życiu." Powieść Thunderball jest niezwykła również i z tego względu, że cała jej pierwsza część traktuje o pobycie Bonda w ośrodku terapii naturalnej. Na czym opartej? Pierwszy szok naszego bohatera, który ciągle za dużo pił, jadł i palił, to kiedy: "Dowiedział się mnóstwa rzeczy o potrawach, o których w życiu nie słyszał, takich jak Bulion Potasowy, Orzechowa Mielonka i tajemniczy z nazwy Wiąz Odsłodowiony na Ślisko." Drugi szok, kiedy okazało się, że przez dwa tygodnie czeka go dieta odchudzająca i oczyszczająca organizm: na śniadanie pomarańcza i kubek gorącej wody, na obiad kubek jarzynowej zupki, na kolację dwie filiżanki herbaty; a wypad na szaleństwo gastronomiczne to trzy filiżanki herbaty gęstej od brązowego cukru. Trzeci szok: kiedy po tej kuracji stał się zdrów i sprawny, ze wspaniałym samopoczuciem, jak nigdy od wielu lat. Pomogło mu to w ocaleniu kilku miast przed zagładą atomową, którą szykowała zbrodnicza organizacja.

Po czym następuje chyba najświetniejsza powieść z Bondem: W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Nie brakuje tu nawet przyjaźni z korsykańskim przestępcą i małżeństwa z jego córką. Ale także i gastronomii. "James Bond nie był smakoszem. W Anglii żywił się solami z rusztu, jajkami en cocotte i rostbefem na zimno z kartoflaną sałatką. Ale gdy podróżował za granicą, przeważnie sam, posiłki stanowiły pożądane wytchnienie, coś mile widzianego, na co się czeka, co przerywa napięcie." Chociaż: "miał już powyżej gardła tych gastronomicznych pułapek na frajerów, smakoszujących turystów. Wszystkie te Hostelleries, Vieilles Auberges i Relais Fleuris poznał na wylot. Wypróbował Bonnes Tables i Fines Bouteilles. Zbadał ich Spécialités du Chef, przeważnie oparte na zawiesistym sosie ze śmietany i wina z kilkoma drobnymi pieczarkami, kryjącym podłą jakość ryby lub mięsa. Poznał cały ten mlaszczący rytuał winoznawstwa i smakoszostwa i miał też, nawiasem mówiąc, wyżej uszu tych pastylek Bisodolu, pomagających to strawić! Francuska religia brzucha dała mu ostatecznego kopa ubiegłej nocy. Ażeby ominąć Orlean, zatrzymał się na południe od tego nieciekawego miasta i wybrał niby-to-bretońską oberżę na południowym brzegu Loary. (tu dłuższy opis). Wreszcie skwaszony kelner, aż zatęchły od fin de saison, poruszając się jak mucha w smole, podał mu Pâté Maison, którego plaster od razu musiał wymienić, i Poularde a la creme, która była tu jedyną rzeczą prawdziwie starożytną. Bond posępnie spłukał to wstrętne żarcie butelką syntetycznego Pouilly-Fuissé." Po czym już opodal Casino Royale zatarł te okropne wspomnienia "w żołądku mając turbota poché, sauce mousseline i połówkę najlepszej kuropatwy, jaką zjadł w życiu." A następnie, teraz już w Marsylii, zapytał starego przyjaciela: "Słuchaj, czy bouillabaisse chez Guido ciągle jest taka dobra?" i usłyszał: "Ujdzie. Ale ta potrawa umarła, koniec. Nie ma już prawdziwej bouillabaisse, bo nie ma już ryb w Morzu Śródziemnym. Do bouillabaisse potrzebne jest rascasse: delikatne mięso skorpeny. A teraz walą po prostu kawałki morue. Szafran i czosnek są te co zawsze. Ale jak w nich zapeklujesz kawałki baby, to też będą smaczne. Idź lepiej do którejś z tych małych knajpek w porcie. Tam zjesz plat du jour i napijesz się vin de Cassis, które ci podadzą. Napełnisz sobie żołądek tak dobrze jak każdy rybak. W ubikacji będzie zawsze brudno. Ale co z tego?"

Jak widać, językowej kuchni tu (jak też w innych Bondach) nie brakuje. Ale z tym już odeślę do ramki na dole, a po dokładniejsze wyjaśnienia - do dzieła, bez którego prawdziwie cywilizowany człowiek nie może się obejść. Prosper Montagné: Nouveau Larousse Gastronomique. Istnieje też jego wersja angielska. I wreszcie Żyjesz tylko dwa razy: jesteśmy w Japonii. Życie, śmierć, obyczaje, miłość: wszystko po japońsku. Gastronomii też nie brakuje: "James Bond zmagał się z pałeczkami oraz plasterkami surowej ośmiornicy i wzgórkiem ryżu." Ale oto mięso krów z Kobe, trudno dostępne nawet i w Tokio. Krowa dostaje codziennie litr piwa i dużo płatków owsianych, a grzbiet jej naciera się wódką. "Podano befsztyk. Do tego różne przystawki, w tym także miseczka krwi, której Bond odmówił. Ale mięso dało się kroić widelcem i rzeczywiście Bond równego mu jeszcze nie spotkał."

A wreszcie trująca ryba fugu. W europejskich stereotypach uważana za tak niesłychany przysmak, że jedzący ryzykuje śmiercią, nieuniknioną dla pewnej liczby smakoszów. Tu znajdujemy wyjaśnienie: "W wodzie przypomina brązową sowę, ale złapana nadyma się w kulę najeżoną ostrymi kolcami. Ich skóry czasami suszy się, umieszcza w nich świecę i używa jako lampionów. A nadzwyczaj smakowite mięso stanowi główny pokarm zapaśników sumo, bo uważa się, że ogromnie dodaje siły. Ryba jest również popularna u samobójców i morderców, ponieważ jej wątroba i gruczoły płciowe zawierają truciznę, natychmiast powodującą śmierć. Ale każda podająca ją restauracja musi zatrudniać ekspertów i uzyskać specjalną licencję państwową." Po czym: "Wniesiono bardzo ceremonialnie przepiękne naczynie z białej porcelany, wielkości koła rowerowego, na którym ułożone było w kształt ogromnego kwiatu, płatek za płatkiem, cieniutko pokrajane i niemal przezroczyste białe mięso. Ryba nie miała żadnego smaku, nawet rybiego. Była jednak bardzo przyjemna w ustach i Bond nie szczędził komplementów. Po tym nastąpiły różne przystawki z innych części ryby fugu i znów sake, ale tym razem zawierająca jej surowe płetwy." Ładna puenta. Czy to wszystko, co możemy znaleźć w tych kilkunastu tomach przygód, przeżyć, tajemnic i refleksji najsłynniejszego w dziejach agenta brytyjskiej Secret Service? Nie, oczywiście nie wszystko. Atrakcje Jamesa Bonda się na tym nie kończą i wątpię, czy jest w literaturze światowej coś bardziej wszechstronnego i atrakcyjnego. A sensacyjność tego nie zmienia faktu, że mamy tu do czynienia także z bardzo wybitną i mądrą literaturą. Połączenie równie wyjątkowe jak mięso kraba skalnego lub niebezpieczna ryba fugu.

KULINARIA PO FRANCUSKU

bouillabaisse chez Guido: bouillabaisse u Guida. Zupa rybna bouillabaisse, słynny i niepowtarzalny specjał z południowych wybrzeży Francji, składa się z ponad 10 gatunków ryb itd. z wieloma przyprawami. Za najlepszy uchodzi jej wariant z Marsylii
en cocotte: (jajka pieczone) w kokilce
fin de saison: koniec sezonu, czyli handlowa katastrofa w gastronomii
morue: dorsz
pâté maison: pasztet firmowy
plat du jour: firmowe danie dnia
poché: (jajka) w koszulkach
poularde a la creme: pularda w śmietanie
rascasse: jadowita ryba karmazyn albo skorpena
sauce mousseline: sos z dodatkiem bitej śmietany
spécialité de la maison: specjalność firmy
vins de Cassis: prowansalskie wina z okolic miejscowości Cassis

Robert Stiller - tłumacz i językoznawca. Autor m.in. nowego przekładu wszystkich

14 książek o Bondzie oraz tomu felietonów lingwistycznych "Pokaż język".