ył okropnie brzydki i nie potrafiłam spojrzeć na niego oczami Pabla Nerudy. Pomarszczony, czerwonawy, z wrażym, wielkim pyskiem, znad którego połyskiwały ślepia. Nieforemny jakiś. Abadecho, czyli miętus oceaniczny we własnej osobie. A w Chile - congrio. Są tego trzy odmiany. Złota - najszlachetniejsza, czarna i różowa, którą upodobali sobie Chilijczycy. Nieco przypomina węgorza. Poznaliśmy się na targu rybnym w Valparaiso. Wśród gigantycznych krewetek, małży, ostryg, krabów i ryb najróżniejszego autoramentu wyglądał mało atrakcyjnie. Wszystko tu było większe i bardziej mięsiste niż na europejskich rybnych targach. Takich przerośniętych skorupiaków, czy ryb nie warto kupować na Starym Kontynencie, bo po prostu są twarde i niesmaczne. Dlatego do Chile z najdalszych zakątków świata przyjeżdżają smakosze owoców morza. Ostrygi - mimo że gigantyczne - są tu niezwykle delikatne, kraby rozpływają się w ustach, ślimaki nie mają sobie równych. To wszystko za sprawą zimnego Prądu Humboldta, będącego częścią płynącego od Antarktyki Prądu Wiatrów Zachodnich. Słońce i zimna, krystalicznie czysta woda to najlepsze środowisko dla morskich żyjątek.
Wielki port Valparaiso
"Książka, do której zaglądam najczęściej, to monografia opisowa morskich ślimaków" - pisał we wspomnieniach Pablo Neruda. Chodząc wśród straganów rybnego targu, mieniącego się dziesiątkami barw i odcieni morza, nie miałam wątpliwości, że żyjątka z "wielkiego zielonego pałacu cudów", jak określał ocean poeta, są nieskończonym źródłem inspiracji dla artystów, kucharzy i smakoszy. Valparaiso to legendarny chilijski port, który w czasach, kiedy nie było jeszcze Kanału Panamskiego, był najbogatszym miastem Chile. Bezpiecznym portem dla statków przed i po przekroczeniu Cieśniny Magellana. W Valparaiso powstała pierwsza giełda towarowa w Chile i pierwsza hiszpańskojęzyczna gazeta regularnie ukazująca się w tym regionie, a także pierwsza siedziba banku centralnego. Był też pierwszy i wciąż działający oddział straży pożarnej. Do dziś jest to największy port w kraju. Przy wejściu z pomnika powitał mnie Krzysztof Kolumb, który wprawdzie nigdy nie był tu, gdzie dziś jest Chile, ale Chilijczycy są mu wdzięczni za odkrycie Ameryki,
"Chudy" kraj, jak pisał o nim Neruda, usytuowany między Andami a oceanem, ma aż 4300 km długości i zaledwie 355 km szerokości. W Valparaiso tę "chudość" czułam dosłownie, bo za wąskim pasem płaskiego nabrzeża zaczynają się wzgórza. W porcie obok gigantycznych okrętów chilijskiej marynarki wojennej cumuje replika żaglowca, na którym przypłynął Juan de Saavedra, pierwszy Europejczyk, który postawił tutaj stopę. Od tego czasu kolejne pokolenia pisały historię portu. "Na jednym statku przybył fortepian, na drugim Flora Tristan, peruwiańska prababka Gauguina, na innym jeszcze, który zwał się "Wagner" - Robinson Crusoe. Inne statki przywoziły ananasy, kawę, pieprz z Sumatry, jaśminową herbatę z Assamu. Anyż z Hiszpanii. Odwieczna zatoka zapełniała się przeróżnymi przeplatającymi się zapachami". Te słowa Pabla Nerudy przypomniały mi się, kiedy patrzyłam na wyładowane kontenerami statki handlowe. Nie miałam pojęcia czy są w nich samochody, czekolada, czy zabawki. Miałam za to poczucie, że uczestniczę w historii i zrozumiałam, dlaczego mieszkańcy Valparaiso mówią o sobie el portenio, ludzie portu, którzy mają światowe obycie.
Śladami poety
Neruda uwielbiał Valparaiso: "Byliśmy poetami lub malarzami, mieliśmy po dwadzieścia lat i nosiliśmy w sobie cenny ładunek nieobliczalnego szaleństwa, które chciało się wyżyć, rozprzestrzenić, wybuchnąć. Gwiazda miasta Valparaiso wzywała nas magiczną siłą swojego tętna". I ja postanowiłam powędrować tym śladem. Wśród dawnych rezydencji i pałaców. Kolonialnych domów. Coraz wyżej i coraz stromiej. Na szczęście niedaleko, bo do... najbliższej stacji kolejki linowej. Jest ich w mieście kilkanaście. Valparaiso było bowiem jednym z pierwszych miast w Południowej Ameryce, które miały własny publiczny transport, i pierwszym, w którym zaliczono do niego kolejki linowe. Artillerię, którą jechałam, zbudowano zaledwie w 1893 roku. Kolejką do swojego domu dojeżdżał też Pablo Neruda. Kiedy jego wiersze zyskały uznanie, a on sam został dyplomatą, kupił sobie dom w Valparaiso - La Sebastiana. I nic dziwnego, że w okolicy jak grzyby po deszczu wyrosły atelier malarzy, muzyczne bary i wzgórze stało się artystycznym centrum Valparaiso. Przekonałam się jednak, że króluje tu nie cadillo de congrio - słynna zupa rybna -  tylko frytki i hamburgery, a w najlepszym wypadku empanadas, czyli pieczone w piecu pierogi nadziewane posiekaną wołowiną. Neruda zresztą, mimo deklarowanej dozgonnej miłości do Valparaiso, po licznych podróżach i kilkuletnim wygnaniu z kraju, osiadł nie w mieście, ale w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów Isla Negra. "Intrygował mnie i pasjonował widok wody chłoszczącej skały, pomnażanie się oceanicznego życia, wspaniałość morskiebo dzięki temu mają swój kraj.
piany" - pisał. I jako że do tej pory ze wszystkimi - oprócz tych dotyczących urody congrio - słowami poety się zgadzałam, ruszyłam na Isla Negra. Właściwie nie "na" tylko "do" bo ta Isla nie jest wyspą, a kawałkiem wybrzeża z czarnymi wulkanicznymi skałami. "Dom, jaki sobie zbudowałem, ma cechy zabawki. Człowiek dorosły, jeśli przestaje się bawić, traci ostatecznie dziecko, które nosił w sobie i którego często będzie mu brak" - pisał Neruda i dodawał: "Raz mnie nie ma, raz jestem, tak wygląda bytowanie poety w zapadłym zakątku Isla Negra".
Tajemnica śmierci noblisty
W jego domu, który dziś można zwiedzać, umówiłam się z Mariem, chilijskim aktorem, scenarzystą i znawcą Nerudy. - Kiedy rozeszła się wieść, że ma dostać nagrodę Nobla, przy bramie czatowali reporterzy, a Neruda z żoną zabarykadowali się w środku - przywitał mnie opowieścią. Oglądaliśmy wąziutkie przejścia w domu przypominającym statek. Neruda uwielbiał morze i. bał się wody. Dlatego swój statek trzymał na twardym gruncie. Oglądaliśmy wyszlifowane przez fale pnie drzew, które artysta z upodobaniem zbierał. Przystanęliśmy przy grobie, w którym spoczywa razem z ukochaną żoną Matyldą. Ich szczątki zostały przeniesione tu po upadku reżimu Pinocheta. Poeta umarł niespełna dwa tygodnie po objęciu władzy przez dyktatora. Jego śmierć do dziś uznawana jest za tajemniczą. I choć po ekshumacji w 2011 r. nie stwierdzono, że został otruty, nadal nie wszyscy wierzą, że umarł śmiercią naturalną. Konsul, ambasador, poeta, noblista i komunista pozostał postacią kontrowersyjną. Gabriel Garcia Márquez nazwał go "największym poetą XX wieku wszystkich języków", a Jorge Luis Borges pisał, że to "wyjątkowo podły człowiek i wyjątkowo dobry poeta". Atakowano go i wielbiono, ale zawsze ceniono.
Ja doceniłam "Odę do congrio", kiedy żona Maria pokazała mi, jak zrobić z niego zupę. Ugotowany miętus zyskał konsystencję chmury na niebie złocistego bulionu, świetlistej oliwy i pudru śmietanki. W głębokim talerzu ocean spotkał się z chilijską ziemią po to, by ukazało się niebo. Jedliśmy ją niespiesznie. Delektując się każdym kęsem jak strofą poezji Nerudy. "Morze kwitnie tu przez cały rok. Jego róże są białe. Ich płatki są solnymi gwiazdami".
Cadillo de congrio
2 kg miętusa oceanicznego (abadecho) lub innej oceanicznej ryby o białym mięsie, 3 łyżki oleju, 5-8 ząbków czosnku, duża cebula, duży pomidor, łyżka przecieru pomidorowego, duża marchewka, pietruszka, kawałek selera, 4 duże ziemniaki, sól i pieprz, 3 łyżki śmietany, garść posiekanej świeżej kolendry
Rybę filetujemy. Z głowy, kręgosłupa i gorszych kawałków mięsa gotujemy bulion około 20 minut. W rondlu rozgrzewamy olej, wrzucamy czosnek i cebulę, lekko przesmażamy. Dodajemy pomidor i przecier pomidorowy, dusimy około 3 minut. Wlewamy bulion z ryby, dodajemy pokrojone warzywa, doprawiamy solą i pieprzem. Gotujemy, aż ziemniaki będą prawie miękkie. Dodajemy rybę. Kiedy się ugotuje, wykładamy na talerze rybę i warzywa, wlewamy przecedzony bulion. Doprawiamy śmietaną i posypujemy kolendrą.

Był okropnie brzydki i nie potrafiłam spojrzeć na niego oczami Pabla Nerudy. Pomarszczony, czerwonawy, z wrażym, wielkim pyskiem, znad którego połyskiwały ślepia. Nieforemny jakiś. Abadecho, czyli miętus oceaniczny we własnej osobie. A w Chile - congrio. Są tego trzy odmiany. Złota - najszlachetniejsza, czarna i różowa, którą upodobali sobie Chilijczycy. Nieco przypomina węgorza. Poznaliśmy się na targu rybnym w Valparaiso. Wśród gigantycznych krewetek, małży, ostryg, krabów i ryb najróżniejszego autoramentu wyglądał mało atrakcyjnie. Wszystko tu było większe i bardziej mięsiste niż na europejskich rybnych targach. Takich przerośniętych skorupiaków, czy ryb nie warto kupować na Starym Kontynencie, bo po prostu są twarde i niesmaczne. Dlatego do Chile z najdalszych zakątków świata przyjeżdżają smakosze owoców morza. Ostrygi - mimo że gigantyczne - są tu niezwykle delikatne, kraby rozpływają się w ustach, ślimaki nie mają sobie równych. To wszystko za sprawą zimnego Prądu Humboldta, będącego częścią płynącego od Antarktyki Prądu Wiatrów Zachodnich. Słońce i zimna, krystalicznie czysta woda to najlepsze środowisko dla morskich żyjątek.Wielki port Valparaiso"Książka, do której zaglądam najczęściej, to monografia opisowa morskich ślimaków" - pisał we wspomnieniach Pablo Neruda. Chodząc wśród straganów rybnego targu, mieniącego się dziesiątkami barw i odcieni morza, nie miałam wątpliwości, że żyjątka z "wielkiego zielonego pałacu cudów", jak określał ocean poeta, są nieskończonym źródłem inspiracji dla artystów, kucharzy i smakoszy. Valparaiso to legendarny chilijski port, który w czasach, kiedy nie było jeszcze Kanału Panamskiego, był najbogatszym miastem Chile. Bezpiecznym portem dla statków przed i po przekroczeniu Cieśniny Magellana. W Valparaiso powstała pierwsza giełda towarowa w Chile i pierwsza hiszpańskojęzyczna gazeta regularnie ukazująca się w tym regionie, a także pierwsza siedziba banku centralnego. Był też pierwszy i wciąż działający oddział straży pożarnej. Do dziś jest to największy port w kraju. Przy wejściu z pomnika powitał mnie Krzysztof Kolumb, który wprawdzie nigdy nie był tu, gdzie dziś jest Chile, ale Chilijczycy są mu wdzięczni za odkrycie Ameryki, "Chudy" kraj, jak pisał o nim Neruda, usytuowany między Andami a oceanem, ma aż 4300 km długości i zaledwie 355 km szerokości. W Valparaiso tę "chudość" czułam dosłownie, bo za wąskim pasem płaskiego nabrzeża zaczynają się wzgórza. W porcie obok gigantycznych okrętów chilijskiej marynarki wojennej cumuje replika żaglowca, na którym przypłynął Juan de Saavedra, pierwszy Europejczyk, który postawił tutaj stopę. Od tego czasu kolejne pokolenia pisały historię portu. "Na jednym statku przybył fortepian, na drugim Flora Tristan, peruwiańska prababka Gauguina, na innym jeszcze, który zwał się "Wagner" - Robinson Crusoe. Inne statki przywoziły ananasy, kawę, pieprz z Sumatry, jaśminową herbatę z Assamu. Anyż z Hiszpanii. Odwieczna zatoka zapełniała się przeróżnymi przeplatającymi się zapachami". Te słowa Pabla Nerudy przypomniały mi się, kiedy patrzyłam na wyładowane kontenerami statki handlowe. Nie miałam pojęcia czy są w nich samochody, czekolada, czy zabawki. Miałam za to poczucie, że uczestniczę w historii i zrozumiałam, dlaczego mieszkańcy Valparaiso mówią o sobie el portenio, ludzie portu, którzy mają światowe obycie.

Śladami poety

Neruda uwielbiał Valparaiso: "Byliśmy poetami lub malarzami, mieliśmy po dwadzieścia lat i nosiliśmy w sobie cenny ładunek nieobliczalnego szaleństwa, które chciało się wyżyć, rozprzestrzenić, wybuchnąć. Gwiazda miasta Valparaiso wzywała nas magiczną siłą swojego tętna". I ja postanowiłam powędrować tym śladem. Wśród dawnych rezydencji i pałaców. Kolonialnych domów. Coraz wyżej i coraz stromiej. Na szczęście niedaleko, bo do... najbliższej stacji kolejki linowej. Jest ich w mieście kilkanaście. Valparaiso było bowiem jednym z pierwszych miast w Południowej Ameryce, które miały własny publiczny transport, i pierwszym, w którym zaliczono do niego kolejki linowe. Artillerię, którą jechałam, zbudowano zaledwie w 1893 roku. Kolejką do swojego domu dojeżdżał też Pablo Neruda. Kiedy jego wiersze zyskały uznanie, a on sam został dyplomatą, kupił sobie dom w Valparaiso - La Sebastiana. I nic dziwnego, że w okolicy jak grzyby po deszczu wyrosły atelier malarzy, muzyczne bary i wzgórze stało się artystycznym centrum Valparaiso. Przekonałam się jednak, że króluje tu nie cadillo de congrio - słynna zupa rybna -  tylko frytki i hamburgery, a w najlepszym wypadku empanadas, czyli pieczone w piecu pierogi nadziewane posiekaną wołowiną. Neruda zresztą, mimo deklarowanej dozgonnej miłości do Valparaiso, po licznych podróżach i kilkuletnim wygnaniu z kraju, osiadł nie w mieście, ale w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów Isla Negra. "Intrygował mnie i pasjonował widok wody chłoszczącej skały, pomnażanie się oceanicznego życia, wspaniałość morskiebo dzięki temu mają swój kraj. piany" - pisał. I jako że do tej pory ze wszystkimi - oprócz tych dotyczących urody congrio - słowami poety się zgadzałam, ruszyłam na Isla Negra. Właściwie nie "na" tylko "do" bo ta Isla nie jest wyspą, a kawałkiem wybrzeża z czarnymi wulkanicznymi skałami. "Dom, jaki sobie zbudowałem, ma cechy zabawki. Człowiek dorosły, jeśli przestaje się bawić, traci ostatecznie dziecko, które nosił w sobie i którego często będzie mu brak" - pisał Neruda i dodawał: "Raz mnie nie ma, raz jestem, tak wygląda bytowanie poety w zapadłym zakątku Isla Negra".

Tajemnica śmierci noblisty

W jego domu, który dziś można zwiedzać, umówiłam się z Mariem, chilijskim aktorem, scenarzystą i znawcą Nerudy. - Kiedy rozeszła się wieść, że ma dostać nagrodę Nobla, przy bramie czatowali reporterzy, a Neruda z żoną zabarykadowali się w środku - przywitał mnie opowieścią. Oglądaliśmy wąziutkie przejścia w domu przypominającym statek. Neruda uwielbiał morze i. bał się wody. Dlatego swój statek trzymał na twardym gruncie. Oglądaliśmy wyszlifowane przez fale pnie drzew, które artysta z upodobaniem zbierał. Przystanęliśmy przy grobie, w którym spoczywa razem z ukochaną żoną Matyldą. Ich szczątki zostały przeniesione tu po upadku reżimu Pinocheta. Poeta umarł niespełna dwa tygodnie po objęciu władzy przez dyktatora. Jego śmierć do dziś uznawana jest za tajemniczą. I choć po ekshumacji w 2011 r. nie stwierdzono, że został otruty, nadal nie wszyscy wierzą, że umarł śmiercią naturalną. Konsul, ambasador, poeta, noblista i komunista pozostał postacią kontrowersyjną. Gabriel Garcia Márquez nazwał go "największym poetą XX wieku wszystkich języków", a Jorge Luis Borges pisał, że to "wyjątkowo podły człowiek i wyjątkowo dobry poeta". Atakowano go i wielbiono, ale zawsze ceniono. Ja doceniłam "Odę do congrio", kiedy żona Maria pokazała mi, jak zrobić z niego zupę. Ugotowany miętus zyskał konsystencję chmury na niebie złocistego bulionu, świetlistej oliwy i pudru śmietanki. W głębokim talerzu ocean spotkał się z chilijską ziemią po to, by ukazało się niebo. Jedliśmy ją niespiesznie. Delektując się każdym kęsem jak strofą poezji Nerudy. "Morze kwitnie tu przez cały rok. Jego róże są białe. Ich płatki są solnymi gwiazdami".

Cadillo de congrio

2 kg miętusa oceanicznego (abadecho) lub innej oceanicznej ryby o białym mięsie,

3 łyżki oleju,

5-8 ząbków czosnku,

duża cebula, duży pomidor,

łyżka przecieru pomidorowego,

duża marchewka,

pietruszka, kawałek selera,

4 duże ziemniaki, sól i pieprz,

3 łyżki śmietany,

garść posiekanej świeżej kolendry

Rybę filetujemy. Z głowy, kręgosłupa i gorszych kawałków mięsa gotujemy bulion około 20 minut. W rondlu rozgrzewamy olej, wrzucamy czosnek i cebulę, lekko przesmażamy. Dodajemy pomidor i przecier pomidorowy, dusimy około 3 minut. Wlewamy bulion z ryby, dodajemy pokrojone warzywa, doprawiamy solą i pieprzem. Gotujemy, aż ziemniaki będą prawie miękkie. Dodajemy rybę. Kiedy się ugotuje, wykładamy na talerze rybę i warzywa, wlewamy przecedzony bulion. Doprawiamy śmietaną i posypujemy kolendrą.