Takie widoki oferuje jednak tylko prowincja. Nawet pobieżny ogląd Gruzji pozwala stwierdzić, że ten kraj ze wszystkich sił ciąży ku Europie, więcej - czuje się Europą. Flaga Unii Europejskiej dumnie powiewa w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, widziałem ją nawet przed komendą policji w zapyziałym miasteczku.
- Nie jesteśmy Azją, jesteśmy Europą - przekonywały nas niezłą angielszczyzną nasze ubrane jak z paryskiego żurnala przewodniczki. Za Rosją, ze zrozumiałych względów, się tu nie przepada, lubiani są natomiast ci, którzy w czasie niedawnej wojny Gruzję wspierali. Główna droga z lotniska w Tbilisi do centrum miasta to aleja Lecha Kaczyńskiego.

Wino z ziemi

Ale to właśnie Rosji pośrednio zawdzięczam winiarski wypad do Gruzji. Rosyjskie embargo na gruzińskie wina podkopało eksport i zmusiło producentów do szukania nowych rynków. Polska, gdzie wina pije się coraz więcej, stała się naturalnym kierunkiem ekspansji i już dziś w każdym większym sklepie winiarskim czy supermarkecie można łatwo znaleźć tutejsze produkty. Jednak Gruzini robią, co mogą, by ten eksport stał się jeszcze bardziej intensywny. Stąd mój wypełniony degustacjami tydzień w towarzystwie znawców, przy których wstydziłem się odezwać.
Bo o ile dla mnie wino jest po prostu okropne/pijalne/smaczne/wyśmienite (okropne było, szczerze mówiąc, tylko jedno z kilkudziesięciu, których spróbowałem), o tyle Tomasz Kolecki-Majewicz, wielokrotny mistrz Polski sommelierów, prowadzący stronę wineconsultant.pl, pytany o wino, które zapamięta, odparł bez namysłu: - Schuchmann (to nazwa winiarni) Vinoterra Kisi 2006. Czyste, wytrawne, pięknie się ułożyło dzięki fermentacji istarzeniu w kwewri oraz dębowych beczkach, unikając nadmiernej ewolucji. Ciepłe, sprężyste, wręcz otulające bukietem, w ustach długie niczym welon, łączyło słodycz dojrzałych nut z przyjemnie wibrującą kwasowością.
Wspomniane kwewri to wielkie, gliniane amfory, które napełnia się winem i zakopuje w ziemi - dojrzewają w nich najdroższe gruzińskie trunki. Tej prastarej technologii nie spotkacie w zasadzie nigdzie poza Gruzją. Jest źródłem dumy, ale i przyczyną rozterek, bo wina z kwewri są wymagające.
- Gruzja i jej wina są na zakręcie. Wina z kwewri nie za bardzo przypominają delikatne i świeże wina, lubiane i pijane na Zachodzie; są mocne, utlenione, dymne, mają specyficzne aromaty. Wielu mogłoby pomyśleć, że są zepsute. Ale stoi za nimi 7 tysięcy lat tradycji, zdjęcia kwewri zdobią każdy folder reklamowy. Gruzini mogą więc albo próbować przyzwyczaić Zachód do win z kwewri, albo tę tradycję porzucić i wytwarzać wina na europejską modłę, a oba rozwiązania mają minusy - zauważa Wojciech Gogoliński, redaktor naczelny "Czasu Wina".
Gruzini już teraz robią mnóstwo win, które smakują całkiem znajomo. Odwiedziliśmy kilku producentów i każdy z nich z dumą pokazywał nam nowoczesne urządzenia do ich produkcji. Znów oddam głos ekspertowi.
- Wina gruzińskie można podzielić na trzy grupy - mówi Tomasz Kolecki-Majewicz. - Gruzini produkują wina w stylu międzynarodowym, z powszechnie znanych szczepów winogron, jak cabernet sauvignon lub chardonnay, ale także z lokalnych odmian, jak choćby kisi i saperavi. Są to całkiem porządne, dobrze zrobione wina, technicznie bez zarzutu, świetnie oddające charakter odmiany. Wyposażenie winiarni, zwłaszcza u mniejszych producentów, nie odbiega od tego, co widziałem we Francji czy Włoszech. Te wina, w cenie 30-40 zł, śmiało mogą konkurować z produkcją włoską, hiszpańską czy chilijską. Drugi typ gruzińskich win jest robiony w lokalnych apelacjach, z tamtejszych szczepów: saperavi albo rkatsiteli. Są proste, dobrze technicznie wykonane i niedrogie, bo ceny w Polsce zaczynają się od kilkunastu złotych, kończą na kilkudziesięciu. Cukier resztkowy występujący w wielu z nich, np. Kindzmarauli, zdobywa im wielu zwolenników. Najciekawsze natomiast są wina tradycyjne, fermentowane i leżakujące w kwewri. W ten sposób powstają trunki łatwo odróżnialne od innych, dla konsumentów obytych, przyzwyczajonych do win wytrawnych. Ich wadą są ceny zaczynające się od 70 zł, a sięgające 200 zł i więcej. Ale w większości są warte tych pieniędzy; zwłaszcza na tle konkurencji z innych państw - kończy Kolecki-Majewicz.

Jak to się robi w Tbilisi
Gruzja to jednak nie tylko wina. Od powrotu stamtąd chodzą za mną chinkali, cudowne gruzińskie pierogi. Są większe niż polskie, a kształtem przypominają mieszki. W ich środku kryje się pyszne mięsne nadzienie i niespodzianka - odrobina rosołu, który, jeśli ktoś nie ma wprawy, ląduje na talerzu, stole albo na spodniach jedzącego.
Gruzja to także chaczapuri, spokrewnione z pizzą placki wypełnione serem, bakłażany pod różnymi postaciami, szaszłyki i przepiórki. Wszystko w wielkiej obfitości, gruzińska biesiada to zresztą temat na osobny artykuł; dość powiedzieć, że jest to wielogodzinna uczta przerywana kwiecistymi toastami, których wygłaszanie jest prawdziwą sztuką. Za przyjaźń, za matkę, za ojca, znowu za matkę - bo jest od ojca ważniejsza; za ojczyznę. Każdy toast
to osobna, kilkuminutowa przemowa, a i tak przypuszczam, że w swoim gronie Gruzini przemawiają dłużej, piją i jedzą jeszcze obficiej, a nam zaprezentowali wersję light.
Gruzja, opowiadał jeden z moich towarzyszy podróży, przez ostatnie lata bardzo się zmieniła. Wypiękniało Tbilisi, odnowiono starą stolicę - Mcchetę. Piękne i warte półgodzinnej wspinaczki są świątynie sprzed ponad półtora tysiąca lat, by wymienić choćby monastyr w Nekresi, miasteczku położonym w prowincji Kachetia na wschód od Telawi.
Podejrzewaliśmy jednak, że nasi gospodarze pokazują nam tylko to, co ich zdaniem warto zobaczyć, i dają jeść tylko w najlepszych restauracjach. Wybraliśmy się więc, już bez przewodniczek,
na nocną eskapadę po Tbilisi. Stolica Gruzji to Europa z domieszką Azji, gorączkowo azjatycki jest ruch na ulicach, piesi nie są tu uprzywilejowani, a z taksówkami jest jak w Egipcie - jest ich mnóstwo i z tego, co widziałem, musi to być działalność charytatywna. Benzyna jest tylko niewiele tańsza niż w Polsce, a kurs w obrębie miasta, niezależnie czy w ciągu dnia, czy w środku nocy, w dzień powszedni, czy w święto, obcokrajowca kosztuje zaledwie 5 lari, czyli 10 zł. I nawet w nocy, przynajmniej w centrum, o taksówkę jest naprawdę łatwo.
Bez trudu znaleźliśmy otwartą knajpę na prospekcie Rustaveli, który jest jak połączenie Alej Ujazdowskich z Marszałkowską (szeroka ulica, szerokie chodniki, urzędy, sklepy i z rzadka bary). Wnętrze przypominało raczej bar mleczny niż pub czy restaurację, ale nam to nie przeszkadzało. To nie była typowa kolacja. Przeciągnęła się do 4 rano, a złożyło się na nią 20 chinkali, kilkanaście piw oraz półtora litra brandy, zwanej tu kaukaskim koniakiem. Chinkali były fantastyczne, brandy nie piłem, a miejscowe piwo, cóż, powiem delikatnie: Gruzini zdecydowanie mocniejsi są w winie. Rachunek nie przerażał - 240 zł, w tym spory napiwek. Rzecz jasna, następnej nocy wpadliśmy ponownie.
Byłem tam świadkiem sceny jak ze snu: koło drugiej w nocy do baru weszła para kompletnie pijanych Gruzinów. Nie było w tym nic osobliwego, ale fakt, że wyjęli tablet i zaczęli grać w szachy, już mnie trochę zdziwił. Po paru chwilach dziewczyna spała, czołem opierając się o stół, chłopak dalej niewzruszenie pił herbatę. Takie rzeczy tylko w Gruzji.