Był to jedyny tak smakowity przystanek na trasie naszej rowerowej eskapady przez Angolę. Wiodła ona śladami Kazimierza Nowaka, odważnego podróżnika z Poznania, który w latach 1931-36, jako pierwszy człowiek w historii, samotnie objechał Afrykę rowerem.

Uczta w Kuito
Intensywnie żółte calul pachniało pięknie. Biskup José Nambi nie miał jednak odwagi proponować nam miejscowych potraw, specjalnie dla białych przybyszów z Europy kazał przyrządzić... włoski makaron. Był świetny, ale nie o to nam chodziło. Nerwowo spoglądałem na egzotyczny specjał, czego duchowny nie mógł nie zauważyć. Aż wreszcie nieśmiało zapytał: Może troszkę calul?


Danie miało słodko-kwaśno-ostry smak. Mięsiste kawałki suszonej i świeżej ryby szczodrze podlano olejem palmowym i uduszono, a w żółtym sosie zieleniły się liście szpinaku. Smak dopełniały cebula, ostre papryczki i pomidory. Rybę podano z funge, czyli mamałygą, którą robi się z mąki maniokowej lub jej mieszanki z mąką kukurydzianą. Angolczycy jedzą funge od rana do wieczora. Czasem dodają do niej kawałek mięsa (gdy uda im się upolować w lesie dziką kozę) albo ryby. Ryb tu nie brakuje, popularne gatunki to morska carapau (makrela) i słodkowodna cacusso (tilapia). Obie bywają wykorzystywane do calul , zazwyczaj w postaci suszonej. Najczęściej jednak calul robi się z corviny (ang. croaker), zaliczanej do okoniokształtnych, z rodziny kulbinowatych. Do dania można też użyć peixe-galo (dosłownie: ryba-kogut; z rodziny piotroszowatych) żyjącej w głębinach oceanu i wreszcie bagre - suma.


Podczas kolacji u biskupa podano też soczystą wołowinę i złocistego kurczaka. Kiedy je wniesiono, aż westchnęliśmy z zachwytu. Popijaliśmy świetnym czerwonym winem - portugalskim Espor?o Reserva 2008 z winnicy Herdade do Espor?o. Zachęcał nawet biskup: bo zdrowo. Sam raczył się angolskim piwem N'Gola.

Miny zamiast upraw
Aby dobrze zjeść w Angoli, trzeba być milionerem. Luanda już po raz drugi z rzędu została uznana za najdroższą stolicę świata (w rankingu firmy konsultingowej Mercer). Nocleg w hotelu kosztuje tu przynajmniej 200 dolarów amerykańskich, na obiad w restauracji trzeba wydać 100, a za byle przekąskę w fast foodzie płaci się nawet 20 dolarów.


- A co wy tam w ogóle jecie? - pytały w esemesach matki, żony i kochanki. Rzadko mogliśmy odpowiadać z taką euforią, jak po kolacji u biskupa Kuito.


Zdobycie świeżego pieczywa na angolskiej prowincji to naprawdę mission impossible. Z obiadami bywało jeszcze gorzej. W miejscowych sklepach królują tuńczyk i sardynka. Przeważnie można w nich też dostać ?akurat ostatnią? puszkę z jakimś podejrzanym mięsem. Na przydrożnych targach wygłodniali rzucaliśmy się na smażone w niezbyt higienicznych warunkach kurczaki i dla bezpieczeństwa żołądków zalewaliśmy je sosem z najostrzejszych tu papryczek piri-piri.


Poza tym nie ma nic albo prawie nic. Miejscowi głodują, choć padające od września do maja deszcze sprawiają, że ziemia rodzi jak opętana. Wszystko rośnie jak na drożdżach. Wszędzie bogactwo roślin. Angola mogłaby wyżywić całą Afrykę, ale nie żywi nawet siebie. Bo jej mieszkańcom nie chce się wyjść w pole. Bo nie mają wiedzy o agrokulturze. Bo brakuje sprzętu.


Kulinarną kulturę tego kraju, podobnie jak inne sfery życia, wyniszczyła trwająca niemal 30 lat wojna domowa. I choć Angolczycy doczekali się pokoju, wciąż giną z powodu 15 milionów podłożonych wtedy min. To też powód, by nie uprawiać pól.


- W czasie wojny UNICEF i podobne organizacje nauczyły Angolczyków, że jedzenie jest za darmo. Rozdawano żywność na prawo i lewo, bez opamiętania. Wojna się skończyła, a ludzie nadal chcieliby dostawać - mówi Nascimento Dinis, współpracownik Discovery Channel z Huambo.


Dawniej Angola była krainą miodem płynącą. Dosłownie: w czasach portugalskiej kolonii region Moxico był miodową potęgą na światową skalę. Podobnie było z kawą. Dziś trudno tu kupić i jedno, i drugie. Tylko gdzieniegdzie dostępne są owoce. Masło? Ser? Dżem? Mleko? Marzenie ściętej głowy. Dlatego do dziś czuję smak potraw i wspaniałą cierpkość portugalskiego wina, podanych u angolskiego biskupa.