Berlińczyk nie wyobraża sobie niedzielnego poranka bez brunchu. Brunch (skrót od angielskich słów breakfast i lunch) to weekendowe śniadanie połączone z lunchem. Płacąc niecałe 10 euro, można jeść, ile dusza zapragnie, a bufety w restauracjach oszałamiają różnorodnością. Dlatego berlińczycy celebrują brunch przez kilka godzin. To także okazja do spotkań z rodziną, przyjaciółmi, dawno niewidzianymi znajomymi albo partnerami w interesach. Przy stolikach baraszkują dzieci, a psy leniwie polegują, chłepcząc wodę ze specjalnie dla nich przygotowanych miseczek.

Tak wygląda Simon-Dach-Strasse we wschodnioberlińskiej dzielnicy Friedrichshain. Jej widok, zwłaszcza wiosną i latem, zapiera dech w piersiach. Biesiaduje się tu nie tylko w weekendowe przedpołudnia, ale do późnej nocy. Sznurem ciągną się restauracyjne ogródki pełne roześmianego towarzystwa. Cała ulica wygląda jak jedna knajpa, długa na kilkaset metrów. Jest tu ponad 40 restauracji, barów, piwiarni, fast foodów. Sama tylko Simon-Dach-Strasse mieści ponad dwa tysiące miejsc pod gołym niebem, przyległe przecznice, tworzące tzw. Simon-Dach-Kiez - dwa razy więcej. Kiez (czyt. kic) to trudne do zdefiniowania pojęcie. Nie stanowi jednostki administracyjnej, raczej niewielki, zwarty obszar miejski, kwartał budynków, ulicę z przyległościami. Berlińczyk mieszka w swoim mieście i w dzielnicy, ale jego najmniejszą małą ojczyzną jest Kiez.

Hardcore pizza

Spacerując po Simon-Dach-Strasse w poszukiwaniu wrażeń kulinarnych, warto też czasem zapuścić się w boczne przecznice Kiezu, tam gdzie chodzą miejscowi. Na przykład do pizzerii Il Ritrovo przy Wühlisch-Strasse 29. Ściany odrapane lub pobazgrane przez bywalców, wokół plakaty z Che Guevarą i Joe Strummerem z zespołu The Clash, obrusy na stołach poplamione albo dziurawe. Odpowiednio hardcorowa obsługa - wyłącznie młodzi Włosi z kolczykami i tatuażami - potrafi odnosić się do gości z pewną nonszalancją - czekać na jedzenie można tu długo. Ale nic to, bo czekać warto! W tym punkowym entourage'u dostaniemy najlepszą pizzę w Berlinie. Cieniutką, z chrupiącym brzegiem, obłożoną grzybami, grillowanymi warzywami, prosciutto lub bresaolą (suszoną polędwicą wołową), nawet koniną. Wszystko wyborne, sprowadzane z Włoch. Poza pizzą trzeba skosztować makaronów. Te z domowym rag lub z salsiccią oraz fenkułem smakują nieziemsko. Podobnie jak ryby i owoce morza dowożone i serwowane w piątki. Ośmiorniczki moscardini w ostrym sosie pomidorowym z pepperoni i oliwkami, tagliatelle z ośmiornicą; wszystko można polecić.

Całe menu, oprócz pizzy, zmienia się każdego dnia i wypisane jest odręcznie na tablicy, tylko po włosku. Trzeba więc odrobiny wysiłku, by się w tym wszystkim połapać. Ale kiedy już podszkolimy nasz włoski, gdy zjemy najlepszą pizzę pod słońcem (przynajmniej berlińskim), popijemy winem z becz-ki, a do rachunku dostaniemy gratis porządne espresso lub kieliszek grappy, to trudno nie być przyjacielem tej włoskiej punkowej ferajny. Dlatego do Il Ritrovo zawsze chce się wracać, chyba że odwiedzimy którąś z dwóch siostrzanych restauracji w innych dzielnicach Berlina.

Bio-szpecle, eko-sznycle

Włoskich restauracji na Simon-Dach-Strasse i w okolicach jest niemal tyle, co na rzymskiej Via Veneto. Zadomowiły się tu zresztą niemal wszystkie najpopularniejsze kuchnie świata. Ale nie zawsze tak było. W czasach NRD dzielnica Friedrichshain była kulinarną pustynią, jeśli nie liczyć socjalistycznych restauracyjnych kombinatów nazwanych na cześć bratnich stolic Budapeszt, Bukareszt czy Warszawa. Jeszcze w połowie lat 90. przy tej ulicy działały zaledwie dwa bary. W dawnej robotniczej dzielnicy czynsze nie były wysokie. Przybywało w niej więc studentów, artystów, wszelkiej maści niebieskich ptaków, a wraz z nimi - klubów, piwiarni, knajp, w których można było się pobawić i niedrogo zjeść.

- Kiedy otworzył się pierwszy "Włoch", zaraz powstało kilka następnych włoskich knajp - wspomina Christian Peter, właściciel Volckswirtschaft, jednej z najdłużej działających restauracji w okolicy. - Potem przyszli Hindusi, po nich Azjaci, ktoś otworzył bar z fajką wodną, więc zaraz powstało kilka następnych - dodaje.

Co może dziwić, Volckswirtschaft przy Krossener Strasse 17 to właściwie jedyna niemiecka restauracja w Simon-Dach-Kiez. - Kiedy restauracje wyrastały tu jak grzyby po deszczu, kuchnia niemiecka była w odwrocie. - Ludzie, zwłaszcza we wschodniej części Berlina, po zjednoczeniu Niemiec chodzili do "Włocha", "Chińczyka". "Hindusa". Golonkę z kapustą mieli w domu - tłumaczy Christian.

Niemiecka kuchnia powoli wróciła do łask, a Volckswirtschaft broni jej honoru z godnością. Specjalność zakładu to szpecle - pochodzące ze Szwabii kluski z mąki i jajek, przypominające nasze lane kluski. Do wyboru: z serem, boczkiem, kiszoną kapustą, cebulką, grzybami, a nawet z kozim serem, makiem i miodem - trudno się zdecydować tylko na jedne. Bauernfrühstück - gruby omlet z kawałkami ziemniaków, boczkiem i cebulą, a także monstrualnych rozmiarów panierowane wieprzowe i cielęce sznycle z sałatką ziemniaczaną to też radość dla każdego, kto zechce na chwilę zapomnieć o istnieniu kalorii i cholesterolu. Większość składników, z których gotuje się w Volckswirtschaft, jest regionalna i eko. Nawet piwo mają bio - to niefiltrowany, mętnawy Pinkus o rześkim, kwaskowatym smaku, perła w okolicy zdominowanej przez klasyczne pilznery.

Azja w pigułce

Dziś Simon-Dach-Strasse wymieniana jest w większości przewodników świata. Kolorowe rozbawione tłumy przetaczają się po ulicy do późnej nocy ku utrapieniu jej mieszkańców. Wszelkie obywatelskie inicjatywy, aby zamykać ogródki przed restauracjami po dziesiątej wieczorem, spaliły na panewce. Simon-Dach-Kiez jest więc niekwestionowaną berlińską mekką imprezowiczów. Ale to również magnes dla foodies - ludzi zakręconych na punk-cie dobrego jedzenia, choć niekoniecznie z najdroższych restauracji. Na Simon-Dach-Strasse przyjeżdża cały świat. I ma tu cały świat na talerzu.

Wielu zwolenników zyskała indyjska restauracja Yogi-Snack (Simon-Dach-Str. 11). Tutejszy palak paneer - delikatny indyjski ser duszony w szpinaku, czy tandoori z kurczaka lub baraniny z reguły nie zawodzą.

Jedzenie w tajskiej knajpie Papaya (Krossener Str. 11) podobno najbardziej przypomina streetfood z Bangkoku. Tłoczno jest też w tajskiej restauracji Lemongrass (Simon-Dach-Str. 2), specjalizującej się w curry pachnącym kolendrą, azjatycką bazylią i tamaryndowcem. Palące gardło warto obłaskawić łykiem tajskiego piwa Singha albo domowej lemoniady z trawy cytrynowej, limonek oraz brązowego cukru.

Siedząc w Lemongrass, możemy też zamówić coś z karty przyległej japońskiej restauracji Onsen. Sushi ma opinię jednego z lepszych w okolicy, ale warte polecenia są przede wszystkim potrawy zwane don - miseczki ryżu z surowymi lub grillowanymi rybami: łososiem, tuńczykiem, rybą maślaną. Do Onsen przychodzi sporo Japończyków, a obecność "swoich" w lokalu to zawsze dobry znak. Trzeba bowiem pamiętać, że przy całej mnogości knajp na Simon-Dach-Strasse duża ich część nastawiona jest na turystów, którzy są bardziej spragnieni, niż głodni, a posiłek stanowi dla nich tylko dodatek do piwa. Dlatego mnóstwo tu restauracji serwujących "kuchnię międzynarodową": niby-włoskie makarony, niby-hinduskie curry, niby-argentyńskie steki. Nie wszystko jest tam złe, ale przeważnie nijakie i bez wyrazu.

Piekło i wanna wody

W tak imprezowej okolicy nie może oczywiście zabraknąć fast foodów. Tureckie kebaby, arabskie falafele, amerykańskie hamburgery i chińskie makarony sprzedawane na wynos w tekturowych pudełkach - znajdziemy tu wszystko. I jak na budki z szybkim jedzeniem przystało, zdarzają się też dania ohydne.

Curry 66 przy Grünberger Strasse 66 jest wyjątkiem. Dostaniemy tu być może najlepszego Currywursta w stolicy Niemiec. W licznych rankingach knajpa ta zawsze jest w czołówce. Założył ją pod koniec 2006 roku Hichem Ben Amara - wychowany w Berlinie Tunezyjczyk, który ubolewa, że nawet w ojczyźnie currywursta często hańbi się jego dobre imię, serwując byle jaką kiełbasę opaćkaną zwykłym keczupem.

Berlin nie wniósł do światowych annałów sztuki kulinarnej zbyt wiele, więc Currywursta - stricte berliński wynalazek - traktuje się z nabożną czcią. Kultowa kiełbaska ma nawet muzeum! W Curry 66 można dostać Wursta chrupiącego, w naturalnym jelicie, lub delikatnego, bez osłonki, koniecznie ręcznie krojonego na kawałki, polanego sosem pomidorowym domowej roboty, posypanego słodką papryką i przyprawą curry. No i jest to najostrzejsza kiełbasa w Berlinie! Można ją zamówić z dziewięcioma sosami o różnym stopniu pikantności w tzw. skali Scoville'a. Hichem Ben Amara sam osiągnął tylko czwarty stopień i proponuje mi to samo. Czwarty stopień ma 240 tysięcy jednostek Scoville'a, co oznacza, iż sos trzeba by rozcieńczyć 240 tysięcy razy, żeby ostrość całkiem znikła. Już po pierwszym kęsie czuję piekło w ustach. Troskliwy gospodarz przynosi mi szklankę mleka, bo lepiej niż woda gasi pożar wzniecony przez pestki papryki habanero. Najwyższy, dziewiąty stopień, zwany Black Death, ma ponad 13,5 miliona jednostek Scoville'a - ten sos powstaje na bazie gotowych produktów z czystą kapsaicyną - najostrzejsza papryka świata Naga Jolokia ma "tylko" niewiele ponad milion jednostek Scoville'a. - Po jednym kęsie musiałbyś wypić wannę wody - tłumaczy właściciel. Nie mam ochoty na "czarną śmierć", zwłaszcza że w okolicy są inne, bardziej kuszące napoje niż woda z wanny.

Austria w filiżance

Z przyjemnością napiję się kawy. Berlin to nie Rzym ani Wiedeń, więc nietrudno trafić tu na zwykłą lurę, ale jeśli wiadomo, dokąd pójść, filiżanka kawy może człowieka bardzo ucieszyć.

Na przykład w Karvanie (Gabriel-Max-Str. 4), gdzie samo przeczytanie karty może zabrać pół godziny. Tyle w niej rodzajów kaw, czekolad i herbat z najbardziej egzotycznymi dodatkami.

Dla odmiany w Cafe Schmitzberger przy Kopernikus-Strasse 24 - kolejnej przecznicy odbiegającej od Simon-Dach - rodzajów kawy jest niewiele, za to wszystkie starannie wybrane. Wchodząc do pomieszczenia urządzonego jak domowy salon, można poczuć się jak gość pani gospodyni. Zapach świeżo palonej kawy i domowego ciasta oraz ciepły uśmiech właścicielki działają zniewalająco. Theresia Sophie Schmitzberger przyjechała do Berlina z Salzburga przed trzynastu laty i pracowała jako grafik komputerowy. - Ale o wiele bardziej od ślęczenia przed monitorem cieszyło mnie przyrządzanie Kaiserschmarrn [omlet cesarski - red.] dla całej ekipy w pracy - śmieje się. Od trzech lat prowadzi swoją kawiarnię, w której parzy kawę dokładnie tak, jak się to robi w Austrii. Czy będzie to kawa "zwyczajna" (Verlängerter), czy Wiener Melange, składająca się pół na pół z kawy i mleka, czy Einspäner z kopcem bitej śmietany - wszystko godne jest wiedeńskiej Café Hawelka. A w dodatku zawsze nalane od serca, tak że pierwszy łyk trzeba wypić jeszcze przy kontuarze. Kawałek domowego ciasta (np. strudla z jabłkami, babki Gugelhupf) i ciastka Topfeneckerl z twarożkiem lub morelami będą dopełnieniem szczęścia.

Magnolia od Warhola

Słodki sen łasucha może się spełnić także w jednej z lokalnych lodziarni. Ale przebojem ostatniego lata stał się mrożony jogurt. Reklamowany jako zdrowa alternatywa dla lodów, szturmem zdobył podniebienia berlińczyków. Z dodatkiem owoców, kawy,

czekolady, biszkoptów i czego jeszcze dusza zapragnie, smakuje odświeżająco i wyśmienicie, na przykład w minikawiarni Yobarca przy Simon-Dach-Strasse 40.

Jeśli jednak odbijemy kilka kroków od głównej ulicy, na Krosserer Strasse 16 czeka na nas o wiele większa przygoda kulinarna: deser Magnolia - jak znana nowojorska cukiernia Magnolia. Przesiadywały w niej nie tylko bohaterki serialu "Seks w wielkim mieście", lecz również Didem Sözen - Turczynka urodzona w Stambule, a wychowana w Nowym Jorku. Po przyjeździe do Berlina w lutym zeszłego roku, Didem otworzyła kawiarnię Factory Girl! Jest fanką Andy'ego Warhola, więc nazwę wzięła od tytułu filmu biograficznego o Edie Sedgwick - muzie Mistrza. A jej Magnolia to deser z mleka, cukru, jajek i mąki kukurydzianej. Wygląda trochę jak budyń, ale jest lekka i delikatna, by nie rzec: zwiewna niczym kwiat, któremu zawdzięcza nazwę. I uzależnia! Magnolia z owocami, o smaku czekolady lub kawy, z dodatkiem mascarpone lub alkoholu. Albo ulubiona Magnolia autorki - z figami, daktylami i prosecco. - Kuchnia to moje laboratorium - mówi Didem. - Stworzyłam już ponad 50 rodzajów Magnolii. Wszystko mnie inspiruje, wciąż mam nowe pomysły. Wczoraj na targu widziałam piękne róże, więc zrobiłam Magnolię z dziką różą i marmoladą pomarańczową.

Wyobraźnia nie zna zatem granic. Rozkosze podniebienia przy Simon-Dach-Strasse też nie. W granicach - tym razem rozsądku - trzymają się ceny. We wszystkich opisanych restauracjach rachunek za posiłek z napojem wyniesie od 10 do 20 euro. Za Currywursta, nawet najostrzejszego, kawę czy desery zapłacimy tylko 2 albo 3 euro. Będąc w Berlinie, warto więc dać się ponieść fantazji i ruszyć w kulinarną podróż dookoła świata. Tym bardziej

że to tylko podróż wzdłuż jednej ulicy.

Maciej Wiśniewski - polski dziennikarz, przez 4 lata korespondent Polskiego Radia w Niemczech. Mieszka w Berlinie przy Simon-Dach-Strasse.