Ormiańska legenda mówi, że kiedy Pan Bóg dzielił świat między narodami, przesiewał ziemię przez ogromne sito, a kamienie zrzucał na spalony słońcem kawałek lądu. To właśnie on przypadł Ormianom, którzy od razu zabrali się do pracy. Pola oczyścili z kamieni, obsiali i nawodnili. Dlatego wszystko, co dziś w Armenii wyrasta, rośnie bujnie i daje wyśmienite plony. Podobnych legend, przypowieści i anegdot usłyszycie w Armenii cały tuzin. Przydadzą się po powrocie, kiedy jak rasowy tamada (czyli mężczyzna, zwykle najstarszy lub najwyższy w hierarchii biesiadnik), będziecie wznosić toasty na cześć ormiańskich przyjaciół. I nie zdziwcie się, jeśli większość z owych przyjaciół będzie miała biblijne imiona.

Królestwo przetworów

- Jesteśmy jak owoc granatu z pękniętą łupiną, rozsypaliśmy się jak pestki po całym świecie - mówi mi trzydziestoletnia Marina z Erewania. Rzeczywiście, co chwilę poznaję kogoś, kto wspomina o krewnych w Los Angeles (gdzie mieszka największa diaspora), Paryżu czy w Gdańsku. Znajomi z Warszawy przysyłają mi smsa: "Jeśli spotkasz tam jakichś Norsesowiczów, to na pewno będzie rodzina naszej babci!". O granacie jako symbolu ormiańskich losów będę pamiętać za każdym razem, kiedy zobaczę go na targu czy w postaci suwenirów: breloczków, solniczek, kolczyków. Jednak jeść najchętniej będę świeże morele, których łacińska nazwa brzmi Prunus armeniaca, czyli "ormiańska śliwka". O tym, że już Rzymianie uznali ormiański rodowód moreli, mówią mi w Armenii dosłownie wszyscy, od taksówkarzy, przez sprzedawców na bazarze, na lokalnym agencie LOT-u kończąc. Ormiańskie morele i inne owoce są przepyszne. Mają smak, jakiego my już nie pamiętamy. Do Armenii przemysłowe rolnictwo jeszcze bowiem nie dotarło. Owoce i warzywa uprawiane są - jakbyśmy to ujęli - "ekologicznie", czyli jak Pan Bóg przykazał. Bez chemii, ręcznie, w niewielkich gospodarstwach. Z sadu czy pola nie jadą do klienta długo, bo Armenia to kraj mały, wielkości Wielkopolski. Miniaturowe gruszki (taka odmiana), jabłka, wiśnie, śliwki zbierane są w najlepszym dla nich momencie, a więc wtedy, kiedy są naprawdę dojrzałe i soczyste. W tym roku wiosną na sady spadł silny grad, który na skórkach moreli zostawił ciemne blizny. Ich miąższ jest mimo to pyszny, ale z taką prezencją nie miałyby szans, żeby trafić na półki polskich delikatesów.Największy wybór owoców jest na bazarze w Erewaniu przy ulicy Mesropa Masztotsa. Sprzedawcy nie są nachalni, częstują owocami na zachętę, bo wiedzą, że innej reklamy im nie potrzeba. Armenia to też królestwo przetworów. Warto spróbować sud-żuka, czyli orzechów włoskich nanizanych na grubą nić, a potem oblanych niesłodzonym sokiem winogronowym i ususzonych na słońcu. Kilka warstw zaschniętego syropu okleja, konserwuje, a zarazem zmiękcza orzechy. Ale uwaga, bo sudżuk to też nazwa lokalnej suszonej wędliny z wyraźną nutą nasion kolendry. Na prowincji, przy drogach i miejscach odwiedzanych przez turystów Ormianki rozstawiają stragany z domowej roboty marmoladami i warienijem, czyli konfiturami. W bardzo słodkim syropie gotuje się morele, płatki róż, ale też podłużne bakłażany i młode orzechy włoskie, które zmieniają kolor syropu na "granatowy-prawie-czarny". Takie ugotowane w syropie orzechy miękną i zjada się je w całości, łącznie z łupiną.

Tylko dla mężczyzn

Oczywiście, nie samymi owocami Ormianin się żywi. Jego jadłospis nie może się obyć bez solidnej porcji mięsa, najlepiej z grilla i przygotowanego koniecznie w męskim towarzystwie. Skosztowałam czegoś takiego nad jeziorem Sewan we wschodniej Armenii - chorovacem, ormiańskim szaszłykiem, który można przyrządzić z różnych rodzajów mięsa natartego khmeli suneli (specjalna mieszanka przypraw do grilla), poczęstowali mnie tam lekko już podochoceni mężczyźni, którzy świętowali dziesiątą rocznicę ślubu jednego z przyjaciół. Podobnie jak owoce i warzywa, mięso w Armenii smakuje doskonale. O ile chorowaca mogłam spróbować, to hasz znam tylko z opowiadań. Nie tylko dlatego, że jest daniem zimowym: tę gęstą zupę z wołowych nóżek, flaków i czosnku, która wymaga siedmiogodzinnego gotowania, serwuje się wyłącznie w męskim towarzystwie. Po podawanej z rana zupie, gardło przepłukuje się owocowym destylatem. Ani razu nie widziałam w Armenii nikogo, kto w tym "przepłukiwaniu" nie zachowałby umiaru, choć wysokoprocentowe alkohole chłodzą się w sklepowych lodówkach do natychmiastowej konsumpcji, tak jak u nas piwo. Ormianie uważają się za potomków Noego - o swoim kraju mówią "Hajastan", od imienia Haja, wnuka Noego - i być może dlatego zawsze pamiętają, do czego może doprowadzić nieumiarkowanie w używaniu trunków. ("Noe był rolnikiem i on to pierwszy zasadził winnicę. Gdy potem napił się wina, odurzył się [nim] i leżał nagi w swym namiocie...". Księga Rodzaju, Rozdział 9, Biblia Tysiąclecia).To właśnie Noe miał zasadzić u stóp Araratu pierwszą winnicę, a winorośl podlać krwią owcy, lwa, małpy, a na końcu świni. Ormianie tłumaczyli mi, że kolejność była nieprzypadkowa, bo po alkoholu człowiek najpierw jest cichutki jak owca, potem wydaje mu się, że jest mężny jak lew, chwilę później weseli się jak małpa, a najważniejsze, to nie dojść do etapu i poziomu świni. Wina ormiańskie, poza nielicznymi wyjątkami, nie stanowią konkurencji dla gruzińskich. Co innego "koniak" Ararat - ten może zadowolić nawet wymagających koneserów brandy. Produkuje się go od 1887 roku, a w roku 1900 próbki trunku zostały zgłoszone na jeden z konkursów w Paryżu. I podczas ślepej degustacji pokonały w cuglach oryginalne francuskie wyroby z regionu Cognac. Historia kołem się toczy, bo od 1998 roku fabryka należy do francuskiego koncernu Pernod Ricard, tego samego, który dziś stoi za naszą Wyborową. Amatorem ormiańskiego koniaku był Winston Churchill - rozsmakował się w nim podczas konferencji jałtańskiej, po czym co roku miał otrzymywać od samego Stalina 400 kolejnych butelek. Własnoręcznie podpisane, swoje beczułki Araratu mają też Borys Jelcyn i nasi byli prezydenci: Lech Wałęsa oraz Aleksander Kwaśniewski. Na razie, zdeponowane, leżakują w magazynach fabryki.

Zioła zamiast gumy do żucia

Z codziennych ormiańskich posiłków zapamiętajcie przede wszystkim zioła i cieniuteńki chleb lawasz. Piecze się go w cylindrycznych, wkopanych w ziemię piecach o nazwie tonir, bardzo podobnych do indyjskich tandoori. Tonir trzeba najpierw porządnie rozgrzać, paląc w nim drewnem, ale bywa, że i suszonym naturalnym nawozem. Rozwałkowany na grubość 3-4 milimetrów owalny placek ciasta o długości blisko metra przykleja się za pomocą specjalnej podłużnej poduchy do gorącej wewnętrznej ściany pieca. Po kilku chwilach lawasz jest upieczony. Składa się go jak lniany obrus i wykłada na stół. Biesiadnicy urywają po kawałeczku, smarują madzunem, gęstym naturalnym jogurtem, i przekładają ziołami. Deserowy talerzyk zieleniny, na którym piętrzą się nana (mięta), kinza (kolendra), tarhun (estragon,) koperek i purpurowa bazylia wystarcza zwykle na 3-4 osoby. Zioła przegryza się w czasie posiłku, ot tak, dla odświeżenia podniebienia. Można je też wysuszyć i zrobić z nich napar, tzw. ormiańską górską herbatkę. Herbatka z purpurowej bazylii ponoć pomaga na ból gardła, a ta z tymianku ma ogólne działanie antyseptyczne. Bez suszonych ziół nie obejdzie się żadna potrawa z mielonego mięsa i żadna tołma, czyli faszerowane warzywa i liście winogron. Nie zliczę ormiańskich dań, których spróbowałam i tych, których jeszcze spróbować bym chciała - jak zimowych pilawów, duszonych mięs czy legendarnego haszu. Ciągle pamiętam ucztę ze świeżo złowionych raków nad jeziorem Sevan oraz niebanalny smak sałatki z zielonej fasolki, nektarynek i surowych pieczarek, którą jadłam w eleganckiej restauracji Dolmama w Erewaniu. Choć się tego nie spodziewałam, Armenia to zaskakująco dobre miejsce na kulinarne wakacje.